niedziela, 23 marca 2014

Rozdział VII

Droga powrotna do piwnicy obyła się bez kolizji z żadnym truposzem. Skradając się cicho, starali się, aby zapasy żywieniowe w ich plecakach nie wydawały żadnego dźwięku. Jedynym zakłóceniem tego, wręcz spokojnego marszu była Julie. Dziewczyna wywróciła się i upadła na kolana, potykając się na jakieś śliskiej mazi. Chyba nikt z ich grupy, nie chciał dociekać, co to właściwie było. Julie, niezmordowana, ruszyła dalej, nie zwracając uwagi na papkę, która ubrudziła jej drogie spodnie.
    Wrócili do piwnicy i z ulgą odetchnęli, że zombie tu nie weszły, bowiem wszystko było tak, jak oni to zostawili. Martin i Dustin zamknęli ciężkie drzwi, ale dla pewności, zastawili je biurkiem. Jedyna droga wyjścia została odcięta.
    Abby opadła ciężko na krzesło i zaczęła przeglądać zapasy, które zdążyli zabrać. Ich jedyna broń, komplet tytanowych noży, leżała teraz na stoliku. Abby zaczęła im się dokładnie przeglądać i stwierdziła, że takich cudeniek, kucharki nie powinny zostawiać w tak dostępnym miejscu. Gdyby natknęły się na to któreś dzieciaki… Abby wolała tego sobie nie wyobrażać. Chociaż pewnie byłoby znacznie gorzej, gdyby zombie nauczyły się nimi posługiwać.
    Dziewczyna skarciła siebie w myślach, nie ma co tworzyć scenariuszy zdarzeń, które nigdy nie nastąpią. Jest tu i teraz, i na tym trzeba się skupić. Mają noże, więc mogą pozbyć się zombie raz na zawsze. Mają przewagę. Abby nie wiedziała czy to prawda, jednak bardzo chciała w to wierzyć.
    - Abby, co masz w swojej torbie?
    Dziewczyna podniosła głowę i spostrzegła, że wszyscy już zdążyli opróżnić swoje plecaki. Abby wpatrywała się w to co zdążyli przynieść. Były to głównie różnego rodzaju zupki chińskie i dania w proszku. Jednak wcześniej, podczas szukania radia, Louis znalazł stary czajnik elektryczny, a w ich szkole w każdym pomieszczeniu był kran. Czasem się zastanawiała, po co w pracowni językowej kran, jednak teraz dziękowała za taki wymysł dyrektora.
    Oprócz dań w proszku, zdążyli zabrać jeszcze kilka jabłek, które jako żywność modyfikowana genetycznie mogły być przechowywane poza lodówką przez kilka dni. Martin uparł się jeszcze, żeby wziąć kilka paczek krakersów. Jednak teraz, kiedy wypakowywał swój plecak, okazało się, że są tam głownie krakersy, a z kilku opakowań magicznie zrobiło się kilkanaście.
    - Jak myślicie, ile będziemy tu siedzieć? – powiedział Dustin.
    - Zapasów mamy na kilka dni. – odparł Martin. – Później będziemy się martwić, co dalej.
    Julie spojrzała na ścianę i się wzdrygnęła.
    - Czy ten zegar dobrze chodzi? – spytała.
    Wskazówki zegara pokazywały, że jest już dawno po północy. Czy było możliwe, że już minęło tak dużo czasu?
     Julie wyjęła swoją komórkę. Wyświetlacz drogiego modelu telefonu pokazywał tą samą godzinę. Nastolatka schowała z powrotem telefon do bocznej kieszeni swojej torby, jak gdyby nic się nie stało.
    Louis popatrzył na nią zdziwionym wzrokiem, ale natychmiast jego szok minął i ustąpił miejsca zdenerwowaniu.
    - Cały czas miałaś przy sobie telefon i nam o tym nie powiedziałaś? – syknął wściekle.
    - A wy swoich nie macie? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.
    - Przecież nasze telefony są w sekretariacie! Zawsze, gdy odsiaduje się po lekcjach za karę, zostawia się komórki u dyrektora!
    - Przecież pierwszy raz tu siedzę, skąd miałam wiedzieć! – w oczach Julie wezbrały się łzy.
    - Hej, ludzie, kłótnie nic nie zdziałają. – powiedział ugodowo Martin.
    - Martin ma rację. – zgodziła się z nim Abby. – Wszyscy jesteśmy zmęczeni. Proponuję żebyśmy się przespali i pomyśleli nad tym jutro. Kto bierze pierwszą wartę?
    - Ja wezmę. – Dustin przesunął krzesełko, na którym siedział, tak aby mieć lepszy widok na drzwi. – Idźcie spać.
    Abby i Martin wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia i zaczęli układać swoje rzeczy na podłodze tak, żeby stworzyć prowizoryczne posłania. Wściekły Louis ułożył się w sposób, dzięki któremu nie musiał patrzeć na Julie. Dziewczyna z przytłaczającym poczuciem winy, chciała jak najbardziej wcisnąć się w kąt. Odwróciła głowę, chcąc otrzeć rękawem swetra łzy. Ten szybki gest zauważył Dustin, któremu zrobiło się bardzo szkoda dziewczyny.
    - Dustin, obudź mnie za dwie godziny. – powiedział Martin. – Zmienię cię wtedy na warcie. Po mnie będzie Louis, potem Abby, a na końcu Julie. Pasuje wam taki układ?
    Wszyscy kiwnęli głowami. Nadeszła chwila spokoju, w której mogli zapomnieć o tym okropnym dniu.
    Gdy już wszyscy zasnęli, Dustin zadał na głos pytanie. Nie oczekiwał odpowiedzi, po prostu od kiedy ją dzisiaj zobaczył, chciał zadać to pytanie. Dręczyło go to niemiłosiernie.
    - Och Jules, czemu to zrobiłaś?
    Kiedy wreszcie wydusił z siebie to pytanie, poczuł się o niebo lepiej. Nareszcie mógł spokojnie uspokoić oddech, patrząc na śpiącą Julie.
    Nie mógł wiedzieć, że oprócz niego, dwie osoby w tym pokoju nie spały i doskonale słyszały każde jego słowo.

∞


Martin najpierw poczuł lekkie potrząsanie jego ramieniem, dopiero później dotarły do niego słowa, wymówione zduszonym szeptem.
    - Martin, wstawaj. Twoja kolej.
    Chłopak podniósł się ze swojego posłania i stanął naprzeciwko wysokiego blondyna. Dustin zdał mu krótką relację z tego, co się działo na jego zmianie.
    - Bardzo spokojnie, było słychać jęki truposzy, jednak żaden z nich się nie zbliżył do nas. Właściwie jestem pewny, że nie wchodzi na to piętro. Chyba nie zdają sobie sprawy z tego, że my tu jesteśmy.
    - O to nam chodziło. Jeśli nie wiedzą, że tu jesteśmy, to możemy spokojnie tu siedzieć. Jak na razie. Bardzo dobrze się spisałeś, Dustin. Teraz połóż się, należy ci się.
    - Jasne, ale Martin pamiętaj – jesteśmy drużyną i potrzebujemy sobie nawzajem. Budź mnie, kiedy tylko będzie się coś działo.
    Martin odpowiedział mu najpromienniejszym uśmiechem, na jakiego było go stać o drugiej w nocy. Czasem miał wrażenie, że Dustin wie więcej niż się do tego przyznaje. W tym wypadku, intuicja Martina dobrze mu podpowiedziała.
    Chłopak ogarnął wzrokiem swoich współtowarzyszy niedoli. Dustin ułożył się wygodnie między Julie, a Louisem i natychmiast zasnął. Louisowi musiało się śnić coś miłego, ponieważ uśmiechał się przez sen. Martina zaintrygował ten fakt, jednak nie rozmyślał nad tym dłużej niż było to konieczne. Na twarzy Julie było widać ślady po łzach. Dziewczyna musiała chyba dużo płakać. Pewnie nie była przyzwyczajona do nowej sytuacji i to wszystko po prostu ją przerosło.
    Jednak to nie na niej wzrok Martina zatrzymał się na dłużej. Abby przyciągnęła całą jego uwagę. Ta dziewczyna niesamowicie go intrygowała. Była jedyna w swoim rodzaju, nigdy wcześniej nie spotkał takiej osoby. Ona potrafiła sobie sama doskonale poradzić, co już wiele razy udowodniła, jednak Martin miał ochotę objąć ją ramieniem i obronić przed całym złem tego świata. Nawiasem mówiąc, wiele tego zła doświadczyli ostatnio.
    Abby poruszyła się niespokojnie. Martin zauważył, że dziewczyna zwija się ciaśniej w kłębek. Jej było  z i m n o. W nastolatku obudził się instynkt opiekuńczy i bez wahania zdjął swoją bluzę i przykrył nią dziewczynę. Abby uśmiechnęła się, czując ciepło dobiegające z okrycia chłopaka.
    Martin także uśmiechnął się mimowolnie, widząc swój dobry uczynek. 

________________
Krótko, jednak mam nadzieję, że mi wybaczycie to zaniedbanie :C 
Teraz mam bardzo gorący okres i jak widać, nie mam czasu na pisanie.
Liczę gorąco na Wasze komentarze i obiecuję nadrobić wszystkie blogi, które zaniedbałam! 
Pytanie do Was: jak sądzicie, co miał na myśli Dustin, pytając się "Och Jules, czemu to zrobiłaś?" Czekam na propozycje ;)

środa, 12 marca 2014

Rozdział VI

      Abby odwróciła swoją torbę, tak, że wszystkie rzeczy, które były w środku wypadły na zewnątrz. Książki, zeszyty, długopisy i inne przybory potrzebne dziewczynie w szkole potoczyły się po ławce. Abby jeszcze raz sprawdziła czy torba, aby na pewno jest pusta i założyła ją na ramię. Podstawowym założeniem w ich wyprawie było, by brać ze sobą jak najmniej, a wrócić z dużą ilością jedzenia. Oczywiście najważniejsze było, by w ogóle wrócili cali i zdrowi.
    Dziewczyna stanęła obok Martina, który jest posłał słaby uśmiech.
    - Okej, powtórzmy jeszcze raz plan. – powiedział Martin.
    - Idziemy do stołówki, bierzemy żarcie i spadamy stamtąd. – zaczął Dustin, a po chwili dodał – I staramy nie dać się zabić.
    - Martinowi chodziło chyba o to, czym kto ma się zajmować. – powiedział Louis.
    - Kierujemy się w stronę stołówki, starając się unikać zombiaków. Trzymamy się razem, nie odłączamy się od grupy i usiłujemy chronić siebie nawzajem. Mamy wrócić tutaj wszyscy, w takim stanie, w jakim opuścimy naszą kryjówkę. Kiedy już dotrzemy na miejsce, Julie, Martin i ja staramy się wziąć jak najwięcej jedzenia, natomiast Louis i Dustin staną na straży. Wraz z zapasami wracamy tutaj, ponieważ jak uznaliśmy wspólnie, jest to najbezpieczniejsze miejsce, ponieważ nie kręci się tu dużo zombie, a drzwi się trudno otwierają, więc siła ich wiotkich mięśni nie zdoła ich otworzyć.
    Wszyscy wysłuchali w milczeniu ostatnich instrukcji.
    - Pamiętajcie jeszcze – dodał Martin – że musimy się liczyć z tym, że kiedy tylko wyjdziemy poza naszą bezpieczną kryjówkę, nasz zapach od razu zwabi nieproszonych gości. Macie jeszcze czas, żeby się wycofać.
    Wiedzieli doskonale o tym, że ta misja jest bardzo niebezpieczna. Kiedy wyjdą stąd, zombie będą miały ich na muszce. Jednak podjęli niemy pakt – ale idziemy wszyscy, albo nie idzie nikt. Mamy szansę na przetrwanie tylko w grupie.
       Dustin popchnął drzwi najciszej jak się dało i pierwszy skierował swoje kroki w stronę światła widocznego na końcu korytarza.
    Mijając czerwoną plamę krwi na podłodze, Julie zrobiło się niedobrze. Pomyślała o biednej pani Wisconsin i o tym, że ona za kilka minut również może skończyć tak jak ona. Odwróciła głowę i powstrzymała łzy napływające jej do oczu.
    Schody prowadzące w górę były ubrudzone jakąś mazią. Piątka nastolatków, kryjąc się w cieniu, stąpała po stopniach najciszej jak to było możliwe.
    Przejście przez dwa piętra przebiegło bez konfrontacji z zombie.

∞

    Stołówka znajdowała się na pierwszym piętrze, tuż nad audytorium. Było to duże, przestronne pomieszczenie, z jedną przeszkloną w całości ścianą. Duże okno wychodziło na boisko szkolne, po którego drugiej stronie stał budynek nauk ścisłych.
    Wzdłuż przeciwległej ściany ciągnął się długi blat, na którym w normalny dzień rozstawione były potrawy. Za blatem znajdowały się drzwi do kuchni.
    Louis i Dustin stanęli przy głównych drzwiach do stołówki i czujnie nasłuchiwali wszystkich dobiegających z zewnątrz dźwięków.
    Martin, Abby i Julie udali się w stronę kuchni. Chłopak sprawnie przeskoczył przez blat, a następnie pomógł dziewczynom, przedostać się na drugą stronę.
    Nastolatek gestem pokazał Julie i Abby, aby poczekały przez chwilę tam gdzie są, a on sprawdzi czy w kuchni jest bezpiecznie. Uchylił lekko drzwi.
    Kiedy okazało się, że pomieszczenie jest puste Martin dziarskim krokiem wszedł do kuchni. Zaczęli przeszukiwać szafki w poszukiwaniu czegoś nadającego się do jedzenia. Julie westchnęła głośno, patrząc na zawartość jednej z nich.
    - Wiedziałam, że oni nie dbają o nasze zdrowie, karmiąc nas tym czymś. – mruknęła dziewczyna, trzymając w rękach paczkę zupki chińskiej.
    Abby przewróciła oczyma i ruszyła w stronę chłodni. Drzwi otworzyły się z trudem, a nozdrza dziewczyny wypełnił okropny zapach.
    Zapach rozkładającego się ciała.
    Na podłodze chłodni leżały rozerwane części ludzkiego ciała. Tułów został oderwany od nóg, które znajdowały się w dalszym kącie pomieszczenia. Roztrzaskana czaszka była tam, gdzie u normalnego człowieka powinny być kolana. Abby patrzyła w puste oczodoły szkolnej kucharki.
    Dziewczyna wydała z siebie gardłowy krzyk, szybko jednak zasłoniła usta rękami i zamknęła odrobinę za mocno drzwi, które huknęły dosyć głośno.
    Martin popatrzył na Abby pytającym wzrokiem, ale kiedy zobaczył bladą cerę dziewczyny, zrozumiał, że to co zobaczyła mocno musiało ją wstrząsnąć. W ułamku sekundy rozważył wszystkie możliwości i podjął decyzję.
     - Wiejemy stąd. – rozkazał,  a dziewczyny bez słowa sprzeciwu go posłuchały.
    Gdy tylko weszli do stołówki, wyczuli, że coś jest nie tak. Dustin stał naprzeciwko drzwi wejściowych z plastikowym krzesełkiem w rękach. Louis tymczasem szukał czegoś w szufladzie z sztućcami.
    - Co się dzieje? – spytał skonfundowany Martin.
    - Mamy nieproszonych gości pod drzwiami. – odparł Dustin. – Chyba narobiliście za dużo hałasu.
    Julie spojrzała z wyrzutem na Abby.
    - Na szczęście, mamy się czym bronić. – dodał Louis i wyszczerzył się w uśmiechu, pokazując czarne zawiniątko, które trzymał. Rozwinął je, a wszystkim ukazał się komplet nowych, tytanowych noży.
    - Jak mamy się tym bronić? – zapytała Julie.
    - Myślisz, że my w wolnym czasie bawimy się nożami? – odpowiedział pytaniem na pytanie Louis.
    Reszta postanowiła nie komentować tej wymiany zdań.
    - Panie mają pierwszeństwo. – powiedział Martin, pokazując palcem na zestaw śmiertelnych broni.
       Piątka nastolatków stała naprzeciwko jedynego miejsca ucieczki – drzwi wejściowych. Naprężyli mięśnie, gotowi do ataku, a Martin powiedział:
    - Myślę, że możemy zaprosić naszych gości na audiencję.
∞
       Oczom wystraszonych, ale zdeterminowanych i łaknących przeżycia nastolatków ukazała się horda zombie. Rozpoznali w nich kilku swoich szkolnych kolegów, których znali z widzenia.
    Chcąc, nie chcąc rozpoczęła się krwawa jatka. Pierwszego zombie, który wszedł do stołówki Dustin zdzielił po głowie plastikowym krzesełkiem. Na kolejną dwójkę przeciwników, Martin i Louis, wspólnymi siłami, przewrócili jeden ze szkolnych stolików.
    Mimo zapewnienia, że Julie nie wie co robić, radziła sobie całkiem nieźle, jak na kompletnego laika. Powiedziała, że nie wie co robić z nożami jednak nie wspomniała, że jest całkiem utalentowaną gimnastyczką. Zwinnie unikała ciosów żywych trupów, wykonując czasem bardzo skomplikowane figury. Doprowadziła do wzajemnego znokautowania się dwóch truposzy.
    Kiedy wszyscy myśleli, że to już koniec walki, Martin uśmiechnął się do Abby i niefortunnie stanął tyłem do drzwi wejściowych. Nikt nie widział zombiaka, który stał za nim. Nikt oprócz Abby. Martin poczuł zaskakująco dużą siłę, która powaliła go na ziemię. Wyczuł niesamowity odór, wydzielający się z paszczy truposza.
    Gdy myślał, że już po nim, poczuł na twarzy świst przecinanego powietrza. Zombie runął całym swym ciężarem na niego, a Martin zobaczył nóż kuchenny, którego trzonek tkwił w czaszce truposza. Zrzucił martwe ciało z siebie i popatrzył na swych towarzyszy.
    Abby trzymała w dłoni nóż kuchenny, gotowy do rzutu. Zaskoczeni nastolatkowie, patrzyli na dziewczynę.
    - Ja po prostu często gram w rzutki. – powiedziała cicho dziewczyna.
    Martin bez słowa podszedł do niej i ją przytulił, szepcząc jej do ucha ciche „dziękuję”.
______________

Przepraszam, że tak późno, ale Wy chyba też macie takie tygodnie, w których nie wiecie jak się nazywacie? Ja właśnie teraz tak się czuję.
Zapraszam was serdecznie do komentowania mojej pisaniny i wytykania mi wszelkich uwag, które znajdziecie w tekście.
(Wyczuwam jakiś romansik między Martinem a Abby ^^)

wtorek, 4 marca 2014

Rozdział V

- Co to było? – spytała przestraszona Julie.
    Louis popatrzył na nią lekko obłąkanym wzrokiem.
    - No nie mów mi, że nie widziałaś jak trupy, rozerwały naszą całkiem żywą nauczycielkę? – odparł z przekąsem.
    Julie zaczęła bardzo intensywnie oglądać czubki swoich balerinek.
    - Nie o to mi chodziło. – powiedziała, zdobywając się na odwagę, aby spojrzeć w oczy Louisowi. – Jak oni stali się zombie? Przecież takie rzeczy występują tylko na filmach!
    Martin odchrząknął, zwracając na siebie uwagę całej grupki.
    - Nie ma teraz czasu na kłótnie, musimy działać wspólnie. Co wy na to, żeby poszukać jakiegoś sposobu, na dowiedzenie się, o co w tym wszystkim chodzi?
∞
Julie westchnęła i rozłożyła ręce w teatralnym geście.
    - Tutaj nic nie ma! Same starocie!
    - Pozwolisz, że się z tobą nie zgodzę. – odparła Abby, wyciągając niewielkie pudło ze starej szafki na dokumenty. – Mam zaszczyt, pokazać wam coś, czego pewnie nasze pokolenie już nie widuje. Panie i panowie, oto radio!
    Julie tylko w jednym miejscu widziała radio – w mieszkaniu jej dziadka. Osoby z jej kręgów używały raczej iPodów.
    - Fajnie, tylko mamy malutki problem. – zauważył Dustin - Jak chcesz je uruchomić? Antena jest urwana.
    - To nie jest znowu taka tragedia. – powiedział Martin i patrząc się na Abby zapytał: Ile?
    - Pięć.

Tak jak Abby założyła sobie, po równo pięciu minutach radio zostało naprawione i przywrócone od użytku. Teraz wystarczyło znaleźć tylko właściwą stację, która nadawałaby potrzebne im informacje. Po kilku chwilach nasłuchiwania szumów i przekręcenia pokrętłem, Abby znalazła to, czego szukała. Wszyscy zbili się w ciasną grupkę i stanęli dookoła odbiornika.
    „Jak podaje nasza reporterka, szkoła Lincoln Bay High została zamknięta z powodu rozprzestrzeniania się nieznanego wirusa. Osoby przebywające na terenie szkoły, są proszone o pozostanie w jej obrębie, do czasu wyjaśnienia metody zarażenia i podania antidotum. Wszystkie bramy zostały zamknięte od zewnątrz, tak, aby nie można było się wydostać. Według planu, o tej godzinie w szkole przebywali tylko uczniowie najstarszych klas Lincoln Bay High, trójka nauczycieli, dwoje pracowników technicznych oraz pan dyrektor Harrison Allen. Osoby zarażone zachowują się niezwykle dziwnie. Poszkodowanych i ich bliskich prosimy o wyrozumiałość dla obecnej sytuacji.”
    -
Serio? – zdumiał się Martin. – Osoby zarażone zachowują się dziwnie? To są cholerne żywe trupy, a nie jakieś dzieciaki zarażone osobą wietrzną!
    - W każdym bądź razie – powiedział Louis – wiemy, że jesteśmy zdani sami na siebie. Ma ktoś jakiś plan?
    - Co wy na to, żeby postarać się pozostać żywym? – podsunęła Abby.
   Nikt nie wiedział czy to była sprawa zmęczenia, czy też frustracji, że muszą radzić sobie samodzielnie, ale w tym momencie, wisielczy humor Abby sprawił, że wszyscy wybuchnęli  śmiechem. Rada, aby pozostać żywym w budynku pełnym zombie była największym absurdem tego dnia.
    Tę krótką chwilę gorzkiej radości, przerwał huk, który zatrząsnął pomieszczeniem.
    - Pójdę sprawdzić, co się dzieje. – powiedział Louis i nie czekając na zgodę pozostałych udał się w stronę drzwi.
    Martin przytrzymał go za ramię, pokazując tym gestem, że nie pozwoli mu odejść.
    - Widziałeś, co się stało z ostatnią osobą, która wyszła „sprawdzić, co się dzieje”. Nie pozwolę, żebyś tak skończył. Nigdzie nie idziesz. – oświadczył stanowczo.
    - Masz rację. – odparł Louis. – Musimy teraz trzymać się razem. Nie wiemy, ile żywych pozostało.
    Nagle drzwi zatrzeszczały niebezpiecznie, a w małym okienku pojawiła się postać.
    Cerę miała zgniłozieloną, a na nienaturalnie jasnych oczach pojawiły się żyły. Na głowie pozostało kilka siwych włosów. Ze spękanych ust sączyła się krew.
    W czaszce ziała ogromna dziura.
    Postać miarowo uderzała w drzwi, nie rozumiejąc, co się dzieje.
    Louis w ułamku sekundy zrozumiał, że patrzy w oczy trupowi, który niegdyś był panią Wisconsin.
    Julie, kiedy tylko to pojęła, wydała z siebie niekontrolowany okrzyk, ale natychmiast zakryła usta dłonią, nie chcąc zwracać na siebie uwagi.  Do oczu znowu podeszły jej łzy, które wytarła szybko rękawem.
    Natomiast Abby, jak w transie, podeszła do malutkiego okienka, aby przyjrzeć się truposzowi, który właśnie chciał się dostać do ich kryjówki. Przechyliła głowę na bok, lekko rozchyliła usta i przyglądała się z zaciekawieniem zombie.
    - Co ty robisz? – zapytał Dustin. Bał się, żeby Abby nie przyszło do głowy otwierać drzwi i wpuścić nauczycielkę do środka.
    Abby uciszyła go syknięciem.
    - Chcę się przyjrzeć tym istotom. Najwięcej informacji wyciągamy właśnie z obserwacji. – powiedziała poważnym tonem. – Z resztą, nie wiadomo, kiedy będziemy mieli kolejną okazję, żeby ich poobserwować, ze stuprocentową pewnością, że nasze mózgi pozostaną na swoich miejscach.
    W czasie, kiedy wszyscy w milczeniu zastanawiali się na sensem słów Abby, dziewczyna podeszła do biurka i wzięła leżącą tam karteczkę. Książka, którą czytała pani Wisconsin tuż przed swoją tragiczną śmiercią, przypomniała dziewczynie o ich fatalnym położeniu. Musieli się jakoś stąd wydostać, ale nie mogli liczyć na pomoc z zewnątrz. Byli zdani na siebie. Nie wiadomo, jak długo będą musieli siedzieć w tej piwnicy, a przecież trzeba było spełniać swoje podstawowe potrzeby.
    Abby zapisała na karteczce wszystkie swoje spostrzeżenia dotyczące zombie. Te dwa spotkania sporo ją nauczyły, w tym, (a) gdy chcą zdobyć ofiarę, poruszają się w grupie, (b) ich ulubionym przysmakiem są mózgi, (c) kiedy są same, nie wiedzą co się dzieje; kiedy jest ich więcej, stają się zabójczą maszyną.
    Kiedy Abby robiła notatki, Louis i Martin się wygodnie rozsiedli i zaczęli grać w karty.
    - Dustin, może chcesz się dołączyć? – spytał Martin z uśmiechem na twarzy.
    Julie popatrzyła na nich z niedowierzaniem.
    - Jak możecie grać w karty, kiedy nasze życia są zagrożone?! – krzyknęła z wyrzutem dziewczyna.
    - Przypominamy ci – powiedział Louis – że to my staramy się wymyślić jakiś plan, a nie reagujemy, emocjonalnie na każdy widok trupa. I tak jesteśmy chwilowo tutaj uziemieni.
    - Więc teraz – dodał Martin – zamiast narzekać, może byś się dołączyła do nas?
    Trochę rozrywki nie zaszkodzi – pomyślała Julie i przysiadła się do chłopaków.
∞
- Musimy się stąd jakoś wydostać. – oznajmiła Abby. – Trzeba wykorzystać nasze atuty i skupić się na unikaniu zombie.
    - To jest jasne – powiedział Martin. – Ale nie wypuszczą nas ze szkoły. Sami słyszeliście, jest zakaz wchodzenia i wychodzenia, aż do odwołania.
    Dustin podrapał się po głowie.
    - Tak, ale czy jeśli im powiemy, że od tego zależy nasze życie, to nie pozwolą nam wyjść?
    - Nie da razy. – Martin ponuro pokręcił głową. – Proponuję, żebyśmy zorganizowali tu sobie kwaterę tymczasową. Macie może coś do jedzenia?
    - Mam w torbie batonika energetycznego. – powiedział Dustin. – Na nim długo nie pociągniemy.
    - Akcja ratunkowa dla żab pochłonęła całą moją przerwę obiadową. – dodała Abby. – Nie mam nic.
    Martin wyszczerzył zęby w ogromnym uśmiechu.
    - Jesteś genialna. – odrzekł, a Abby na te słowa spłonęła rumieńcem. – Już wiem, gdzie musimy najpierw się udać.
   Czując na sobie niecierpliwe spojrzenia, dodał:
    - Ludzie, szkolna stołówka na nas czeka!
∞

W tym samym czasie, trzy piętra wyżej, dwie kobiety nerwowo barykadowały drzwi. Jęczenie dochodzące z korytarza, stawało się coraz bardziej natarczywe.
    Rudowłosa dziewczyna wzdrygnęła się, kiedy profesor Sinner głośno zaklęła. Jeszcze nigdy nie widziała swojej pracodawczyni tak zdenerwowanej.
    - Panno Vein – rzekła Sinner – proszę mi podać natychmiast wyniki badań. Musimy się dowiedzieć, gdzie popełniłyśmy błąd.
_____________ 
Dosyć krótko, ale mam nadzieję, że się podobało :) Jak wg Was zakończy się misja "Uratujmy jak najwięcej żarcia"?

Jak zwykle zachęcam do aktywnego czytania i komentowania mojej twórczości ^^

P S. Zrozumcie Martina, który chciał się rozerwać w obliczu śmierci. Taki już jego charakter xD

czwartek, 27 lutego 2014

Rozdział IV

  Jedynym dźwiękiem, który dał się słyszeć, był odgłos tykającego zegara. Pani Wisconsin uważała, że dostała najgorsze zajęcie z możliwych – pilnowanie uczniów w kozie. Przeważnie na trzy godziny spokoju wystarczało zadanie pracy pisemnej, każdy zajmował się sobą i nie zawracał głowy pani Wisconsin. Jednak ta piątka była inna, poważnie potraktowała prośbę nauczycielki tylko jedna osoba. 
    Abby zacięcie pisała swój esej. Sprawiała wrażenie, jakby pisanie nie sprawiało jej żadnej trudności, a słowa same przelewały się na papier. Zdążyła już zapisać dwie strony drobnym drukiem. 
    Inni natomiast w ogóle się nie przejęli zadaniem, które mieli do wykonania. Martin, osoba, która regularnie bywała w kozie, zrobił to, co robił zwykle, gdy tu przychodził – na kawałku papieru szkicował wzory, które później pojawiały się na jego ukochanych deskorolkach. 
    Louis delikatnie wybijał knykciami rytm, a następnie zapisywał nuty. Odgłosy uderzania o ławkę były takie ciche, że słyszał je tylko siedzący obok Martin, a Louis nie dostał upomnienia o zakłócanie ciszy od pani Wisconsin. 
    Dustin, barczysty blondyn siedzący na końcu, patrzył się pustym wzrokiem w zegar, jakby chciał siłą woli sprawić, żeby wskazówki szybciej się poruszały.
    Najwięcej uwagi nauczycielki przyciągała dziewczyna, która się spóźniła. Plotki o urodzie Julie Anderson nie były wyssane z palca. Każdy jej najdrobniejszy ruch emanował niewymuszoną gracją. Kosmyki jej czekoladowych włosów układały się w idealne pukle, które ładnie podkreślały jej kształt twarzy. Różowa bluzka cały czas osuwała się, pokazując jej szczupłe ramiona. 
    Julie, czasem patrzyła się w stronę Dustina i posyłała mu tajemnicze uśmiechy. Resztę czasu spędzała na oglądaniu swoich idealnych paznokci. Dziewczyna oderwała wzrok od swoich dłoni i podniosła rękę do góry. Odezwała się melodyjnym głosem:
    - Pani profesor, czy mogłabym iść do toalety?
    Pani Wisconsin uniosła swoją głowę znad książki i spojrzała się niedowierzającym wzrokiem na Julie.
    - Panno Anderson, czy nie spóźniła się pani dostatecznie długo, aby mieć czas na pójście do toalety? – powiedziała z dezaprobatą. Widząc, że dziewczyna nie odpowiada, wróciła do czytania. – Możesz iść, ale masz wrócić za nie dłużej niż 5 minut. – westchnęła w końcu.
    Julie wstała i zaczęła się kierować w stronę drzwi. Przechodząc między stolikami, czuła, że zwróciła na siebie uwagę wszystkich chłopaków siedzących w tym pomieszczeniu.
    Dopiero odgłos zatrzaskiwanych drzwi odwrócił uwagę Abby od pisania eseju. Rozejrzała się dookoła co robią inni i nie małe było jej zdziwienie, kiedy się okazało, że tylko ona wzięła sobie do serca słowa nauczycielki. 
    - Dlaczego nic nie piszesz? – spytała się siedzącego najbliżej Martina.
    Chłopak wzruszył ramionami.
    - Po co? – odpowiedział – Myślisz, że ktoś to przeczyta? Ej, Abby obudź się! To nie jest lekcja, za to nie mogą wstawić ci ocen. 
    Abby puściła tą uwagę mimo uszu i wróciła do pisania, stwierdzając, że i tak nie ma nic lepszego do roboty. 
    Ciężka cisza, przerywana tylko tykaniem zegara znowu powróciła.

∞

    - Ale w szkole jest cicho o tej porze dnia. – powiedziała Julie, siadając z powrotem na swoim miejscu. 
    - Młoda damo, proszę cię, zajmij swoje miejsce i wróć do swoich zajęć. Nie przeszkadzaj innym – odparła pani Wisconsin, nawet nie podnosząc wzroku znad swojej lektury. 
    Julie usiadła posłusznie na swoim miejscu, nie odzywając się ani słowem protestu. 
    Nagle powietrze rozdarł ogłuszający dźwięk. 
    Ten odgłos był słyszany tylko raz w roku, podczas ćwiczeń pożarowych. Teraz było jednak po lekcjach, czyli albo ktoś sobie robi żarty, albo szkoła naprawdę się pali. Dźwięk ten nie był dokładnie taki jaki był podczas ćwiczeń. Był przerywany krótkimi pauzami. 
    - Czy to znaczy – odezwała się Julie – że możemy już iść do domu?
    - Coś jest nie tak z tym dzwonkiem. – powiedziała Abby. 
    Miała rację, teraz dopiero wyraźnie było słychać, co ktoś chciał przekazać. 
    Trzy krótkie, trzy długie i znowu trzy krótkie. 
    S – O – S.
    Ktoś potrzebował pomocy.
    - Proszę pani, ktoś wysyła wyraźnie wołanie o pomoc. – powiedziała Abby, zapisując coś na kartce. – Trzy krótkie, trzy długie, trzy krótkie. Widzi pani? – dodała wymachując kartką, na której zapisała kropki i kreski. – Ktoś potrzebuje pomocy. Zobaczmy co się tam dzieje. 
    - Co to, to nie. Nikt z was skąd nie wyjdzie. Skąd mam wiedzieć, że to nie jest jakiś podstęp? – odparła nauczycielka. 
    - Jasne, nikt o zdrowych zmysłach nie wysyłałby takiego kodu dla żartu. – wtrącił Louis. – Pani Wisconsin, proszę się nie obrazić, ale jeśli tam na górze ktoś naprawdę potrzebuje pomocy, to może lepiej, żeby poszedł tam jakiś chłopak. 
    - W takim razie ja pójdę. 
    Wszystkie oczy zwróciły się w stronę blondyna, który odezwał się po raz pierwszy od momentu przekroczenia progu tego pomieszczenia. 
    - Nie przekonacie mnie. – odparła stanowczo pani Wisconsin. – Ja idę, a wy macie się stąd nie ruszać, zrozumiano? 
    Nie czekając na odpowiedź, wyszła przez drzwi. 
    - Nie powinna tam sama iść. – powiedział Louis, kiedy tylko zatrzasnęły się drzwi. – Ona jest staruszką, kto wie co jej się stanie. 
    - Da sobie radę – odrzekł Martin – w końcu ma za sobą trzydzieści lat pracy w zawodzie nauczyciela, więc nieważne co by się tam działo, ona poradzi sobie. Musiała się męczyć z pokoleniami niesfornych uczniów. 
    - Ja uważam – wtrąciła Julie – że powinien iść któryś z chłopców. 
    Abby stanęła na palcach, aby móc wyglądać przez małe okienko w drzwiach. Wpatrywała się intensywnie w ciemność, aż zobaczyła ruch na końcu korytarza. 
    - Ona chyba już wraca. – powiedziała cicho. – Tam coś się chyba dzieje.
    Pozostała czwórka podeszła do drzwi, aby również móc popatrzeć na korytarz. Nagle postać, która była na końcu zaczęła zbliżać się szybko, nienaturalnie szybko jak na poruszającą się powoli panią Wisconsin.  Coś szarego mignęło w końcu korytarza. 
    - Co tu się… - zaczęła Abby, ale nie dokończyła, bo głos ugrzązł jej w gardle. 
    Pani Wisconsin biegła ile sił w nogach, ale w połowie korytarza dogoniły ją trzy postacie. Byli szarzy jak popiół, a z ich zgniłozielonych ust ciekła czerwonawa ciecz. Wyciągnęły swoje palce w stronę starszej nauczycielki i zaciągnęły ją między siebie, tworząc zwarty krąg dookoła jej ciała. 
    Nagle rozległ się ogłuszający krzyk, a korytarz zalał się krwią. Trzy postacie pochyliły się nad biedną nauczycielką i rozbiły jej głowę, wydobywając ze środka różowawą galaretkę. 
    Mózg.
    Po kilku chwilach, postacie skończyły swe dzieło i oddaliły się w głąb korytarza, zostawiając zmasakrowane ciało. 
    Cała piątka – Martin, Abby, Louis, Dustin i Julie wpatrywali się w milczeniu w pozostałości rzezi, którą właśnie obejrzeli. Julie zgięła się w pół i osunęła się na kolana. Zaczęła szlochać, przerażające krzyki bezsilności rozrywały ciężką ciszę. Stojący najbliżej niej Louis położył ręce na jej ramionach i przyciągnął ją do siebie, szepcząc słowa pociechy. 
    Abby poczuła suchość w gardle, ale mimo to odezwała się łamiącym głosem:
    - Truposze – szepnęła – już jesteśmy martwi.
 

_______________
Jak się podobał nowy rozdział? Jak myślicie, co zrobią dalej? Czy wszyscy przeżyją?

Jeśli przeczytałaś/eś to skomentuj - dla Ciebie to kilka chwil, a dla mnie świadomość, że ktoś czyta moją twórczość :))


czwartek, 20 lutego 2014

Rozdział III

    Ostatnie lekcje tego dnia minęły nadzwyczaj szybko. Punktualnie o 15, wszyscy, którzy odbywali karę mieli się stawić przed drzwiami „piwnicy”. Pomieszczenie to nie nazywało się tak tylko dlatego, że mieściło się w podziemiach szkoły, ale również było miejscem, gdzie składowano wszystko, co nie było potrzebne w klasach. Tym oto sposobem oprócz starych instrumentów dętych, można tam było znaleźć sflaczałe piłki do kosza i pęknięte probówki.
    O tej porze dnia, w szkole zostali tylko uczniowie ostatnich klas, przygotowujący się do egzaminów. Młodsi, wyszli jak najszybciej, kiedy tylko zabrzmiał dzwonek. Nie mieli ochoty siedzieć w dusznych pomieszczeniach, kiedy mogli być w domach lub kawiarniach, gdzie była k l i m a t y z a c j a.
    Dustin musiał wrócić się do szatni po swoją torbę. Kiedy wszedł do małej klitki, gdzie na równoległych do drzwi ścianach wisiały szafki, uderzył go niesamowity odór. Zapach męskich skarpetek i starych dezodorantów, nie był perfumami, które chciałoby się dać dziewczynie w prezencie na Gwiazdkę. Chłopak podszedł do swojej szafki i nie spodziewał się zastać tego, co tam zobaczył. Jego normalne rzeczy były wysmarowane pastą do zębów i  wywrócone na lewą stronę. Fotografie, na których chłopcy uśmiechali się po wygranym meczu, mały zamazaną czarnym mazakiem jedną twarz – twarz Dustina. Jego niedawni koledzy postarali się, aby poczuł co znaczy „narazić się na gniew drużyny futbolowej”.
    Dustin nie mógł nawet znaleźć swojej torby z logo drużyny, mimo że za nią zapłacił. Po pięciu minutach grzebania w koszu rzeczy znalezionych, którego asortyment uzupełniał się po każdym meczu i nigdy nie wracał do prawowitych właścicieli (zawodnicy i cheerleaderki brali co lepsze „łupy”, a reszta lądowała na dnie owego kosza) Dustin wyciągnął mały plecaczek, do którego ledwo mógł włożyć swoje ogromne adidasy. No cóż – pomyślał – musi wystarczyć.
    Blondyn spakował swoje brudne rzeczy i inne pamiątki, po latach spędzonych na graniu w futbol. Bardzo chciał wyjść niezauważony, pragnął nie narażać się na więcej kpin ze strony drużyny. Wyszedł z szatni i jedyną drogą, którą można było wydostać się na zewnątrz, powędrował na świeże powietrze.
    Dustin, idąc tuż przy krawędzi boiska, zerknął kątem oka na trenujących chłopaków. Każdy miał po metr dziewięćdziesiąt wzrostu i budowę Adonisa. Niektórzy patrzyli się na niego podejrzliwie, inni udawali, że go nie widzą. Przypomniał mu to dzień, w którym dostał się do drużyny.
    Zawsze interesował go futbol, więc kiedy usłyszał, że będzie nabór do drużyny, nie wahał się ani chwili. Jednak, w momencie, kiedy stanął na środku boiska, wśród innych nowicjuszy zaczął żałować swojej decyzji. Starsi i wyżsi koledzy mierzyli go podejrzliwym wzrokiem, a inni udawali, że nie widzą jedynego pierwszoroczniaka, który miał czelność starać się o miejsce w drużynie.
    To była jedyna chwila w jego życiu, kiedy Dustin poczuł się mały i nic nie znaczący.
    Następnie przyszedł czas na ćwiczenia, coś w czym miał pewność, że jest dobry. Patrząc na współkandydatów, utwierdził się w przekonaniu, że będzie w drużynie.
    Wtedy nie przewidywał jednak, że w ten sposób skończy się jego kariera.
∞


   Martin stał przed drzwiami piwnicy. Odetchnął głęboko i nacisnął klamkę. Drzwi nie chciały ustąpić, więc musiał je lekko popchnąć ramieniem. Otworzyły się, skrzypiąc tak głośno, że z powodzeniem mogłyby obudzić umarłego.
    W środku siedziała tylko Abby, która czytała „Wiecznie Żywego” Isaaca Mariona. Podniosła wzrok znad książki, ale gdy tylko spostrzegła Martina, wróciła do czytania.
    Martin usiadł w ławce obok, zrzucając z łoskotem z ramienia torbę sportową, w której były żaby. Na stoliku przed sobą położył plecak, do którego przypięta była deskorolka.
    - Więc znowu się spotykamy. – zaczął rozmowę.
    - Podstawowa zasada gramatyki: nie zaczynamy zdania od „więc”. – powiedziała Abby nie odrywając oczu od książki.
    - Tak jest, proszę pani. – odparł Martin, nieudolnie udając salutowanie.
    Abby zaśmiała się i odłożyła na stolik swoją lekturę.
    - Nie mów do mnie „proszę pani”, bo czuję się starsza niż jestem. Nienawidzę kiedy dzieciaki tak do mnie mówią.
    - Dzieciaki? – zapytał, patrząc na nią spod przymrużonych powiek – Chyba nie powiesz mi, że jesteś matką?
    - Pomyśl czasem: czy mówisz do swojej mamy per „proszę pani”? – odpowiedziała, nadal śmiejąc się, a po chwili dodała nie czekając na odpowiedź – No właśnie. Używanie mózgu nie boli.
    Martin uśmiechnął się krzywo i swoim charakterystycznym gestem przeczesał włosy.
    - Dorabiam sobie pracując jako opiekunka do dzieci. Muszę skądś brać kasę na drobne wydatki. – odezwała się Abby. Wskazała głową w stronę sportowej torby i powiedziała – Wypuściłeś je?
    - Co do jednej. Zrobiłem to nad tym stawem, tuż przy parku. I uprzedzając twoje następne pytanie – nikt mnie nie widział.
    Abby uśmiechnęła się, bardziej do siebie niż do Martina, ale jemu ten uśmiech i tak się spodobał.
    Kiedy tak trwali w ciszy, każde zajęte swoimi myślami, drzwi otworzyły się z hukiem i w progu stanął wysoki, ciemnowłosy chłopak z gitarą w ręce. Jego czarne spodnie, skórzana kurtka i glany były zdecydowanie za ciepłym strojem na pogodę, która panowała teraz na dworze.
    Nieznajomy zmierzył wzrokiem swoich brązowych oczu najpierw Abby, a następnie Martina. Kiedy tak na siebie patrzyli, przemknęła między nimi niewidzialna iskra, a ich twarze zastygły w wyrazie zaskoczenia.
    - Lou? – wydukał Martin – Co ty tu robisz?
    - Chodzę do tej szkoły idioto. No i wpadłem w kłopoty, jakbyś nie widział. – odpowiedział Louis.
    Martin gwałtownie wstał z krzesła i podszedł w stronę nowoprzybyłego chłopaka z zaciśniętymi pięściami. Ten drugi odstawił gitarę na bok i napiął wszystkie mięśnie. Jeszcze tego brakowało – pomyślała Abby – bójki w kozie!
    Potem stało się coś, czego blondynka się nie spodziewała. W pierwszym odruchu pomyślała, że coś jej się przywidziało i zamrugała gwałtownie oczami.
    Martin i Louis zamiast skoczyć sobie do gardeł, uścisnęli się serdecznie i klepiąc się po plecach, mówili „kopę lat”.
    - Wy się znacie? – zapytała Abby, nadal niedowierzając temu co widzi.
    - No jasne, gdzie moje maniery! – powiedział Martin, strzelając sobie teatralnym gestem w czoło. – Abby, poznaj mojego byłego sąsiada i kumpla z dzieciństwa Louisa. Lou, poznaj proszę tą uroczą damę Abigail, bo takie jest twoje pełne imię, prawda?
    - Tak, ale nigdy więcej mnie tak nie nazywaj. – odpowiedziała przez zaciśnięte zęby.
    Martin miał już zaprotestować, kiedy znowu otworzyły się drzwi. Dobrze zbudowany blondyn, który właśnie wszedł, sprawiał wrażenie, jakby drzwi nie stanowiły dla niego najmniejszej przeszkody. Burknął jakieś „cześć” i natychmiast usiadł w najdalszym kącie klasy, uporczywie gapiąc się w swój pulpit.
    - Przyjemniaczek – szepnął Martin – ale przynajmniej mam…
    Nie zdążył dokończyć zdania, ponieważ do klasy weszła nauczycielka, która miała ich pilnować. Pani Wisconsin, stara anglistka, usiadła przy biurku i powiedziała spokojnym głosem:
    - Żadnego gadania, jedzenia, picia, spania i przeszkadzania mi w lekturze. Całą swoją karę spędzicie na napisaniu pracy na temat „Dlaczego znalazłem się w kozie i jak mogłem tego uniknąć”. Wasz esej ma zająć dziesięć stron. No już, do roboty!
    Następnie usiadła i zagłębiła się w lekturze. Nie pozostało im nic innego, jak wyjąć kartki i zacząć pisać dziesięciostronicowe wypracowanie na durny temat.
    Kiedy Abby kończyła pierwszy akapit na temat brutalności szkoły wobec niewinnych żab, drzwi otworzyły się po raz ostatni. Do klasy weszła piękna, wysoka dziewczyna. Wyglądała jakby wyszła z magazynu dla bogaczy – jej czekoladowobrązowe loki układały się w idealne pukle, a szczupłe, opalone nogi były idealnie wyeksponowane w krótkich spodenkach. Jej ciemnoniebieskie oczy spoczęły na chłopaku, który siedział w kącie. Dziewczyna uśmiechnęła się promiennie do niego, a blondyn odwzajemnił to nieśmiałym podniesieniem kącików ust.
    - Panno Anderson, czy nikt nie nauczył pani, że nie należy się spóźniać. Siadaj i pisz wypracowanie o tym jak się tu znalazłaś. – powiedziała pani Wisconsin, patrząc na nią surowo.
    - Przepraszam do już się nie powtórzy. – dziewczyna podeszła do wysokiego blondyna i szepnęła do niego coś, czego Abby, Martin i Louis nie mogli dosłyszeć.
    Abby i Louis nachylili się w stronę Martina i w tym samym momencie szepnęli:
    - Kim ona jest?
    A Martin uśmiechnął się nieprzytomnie i powiedział:
    - To Julie Anderson, najpopularniejsza dziewczyna w szkole. Każdy chłopak chciałby być jej facetem, a każda dziewczyna jej przyjaciółką. Nie rozumiem jednego – jak ona tu trafiła?

______________________________________

Jakieś teorie jak Julie mogła trafić do kozy? Jak, wg Was potoczą się dalsze losy?
Zapraszam do aktywnego czytania i komentowania :)

wtorek, 11 lutego 2014

Rozdział II

    - Co wy tu robicie? – Profesor Sinner popatrzyła na Abby i Martina groźnym wzrokiem – Mam nadzieję, że macie jakiś dobry powód na usprawiedliwienie swojego czynu.
    Abby rzuciła Martinowi spojrzenie znaczące mniej więcej „siedź cicho, ja wszystko załatwię”.
    - Pani profesor – zaczęła dziewczyna – ja wiem, że to w żadnym wypadku nie usprawiedliwia naszych czynów, ale my po prostu…
    - Chcieliśmy pobyć gdzieś sami. – wtrącił Martin.
    Abby poczuła, że na jej policzkach płonie ognisty rumieniec. Naprawdę nie miała żadnego pomysłu jak wyplątać ją i Martina z tej sytuacji. Szczególnie, że chciała żeby jedno z nich mogło wyjść stąd z torbą pełną żab. Gdyby one zaczęły teraz się gwałtownie poruszać albo wydawać charakterystyczne odgłosy… wolała nie myśleć o konsekwencjach. Wtargnięcie zakochańców do pustej klasy podczas przerwy, aby pobyć trochę w samotności to jedno – ale kradzież szkolnego mienia?
    Pomysł Martina o parze zakochanych był całkiem niezły – Abby postanowiła kontynuować to kłamstwo.
    - My naprawdę nie myśleliśmy, że z tego będzie taki kłopot. – Abby starała się mówić głosem pełnym lęku.
    - Po tobie Martinie mogłam się tego spodziewać. W końcu wiadomo jaka krąży o tobie opinia w szkole. Ale uczennica, która ma same szóstki i nienaganne zachowanie? Zawiodłam się na tobie, Abby. – nauczycielka pokiwała z dezaprobatą głową. Mierzyła wzrokiem to jedno, to drugie z nieszczęsnych nastolatków.
    Martin złapał Abby za rękę. Nie wiedziała czy to miał być gest utwierdzający nauczycielkę w przekonaniu, że naprawdę coś do siebie czują czy po prostu chciał jej dodać odwagi. Abby nie cofnęła ręki i posłała mu słaby uśmiech.    
    - To był mój pomysł, proszę mnie ukarać. Martin nie miał z tym nic wspólnego. – wyznała dziewczyna zdecydowanym głosem.
    - Oczywiście, że wyciągnę konsekwencje. Abby, masz zostać dzisiaj dłużej po lekcjach w szkole. – odrzekła profesor Sinner -  Przeważnie inaczej karamy za takie przewinienie, ale ze względu, że to twój pierwszy incydent dostaniesz taryfę ulgową. A teraz już, zmykać mi stąd! – dodała i gestem wygoniła Abby i Martina z klasy.


∞

    Wysoki chłopak w czarnym podkoszulku My Chemical Romance szedł przez szkolny korytarz. Na ramieniu niósł pokrowiec na gitarę, który był cały oklejony naklejkami różnych zespołów rockowych. Minął niską blondynkę i wysokiego szatyna, którzy rozmawiali, żywo gestykulując. Louis oparł swój futerał o ścianę i zaczął otwierać swoją szkolną szafkę.
    - Ty idioto! Co ty sobie wyobrażasz? – jakiś chłopak krzyknął na cały korytarz.
    Louis odwrócił się i zobaczył dwójkę przepychających się zawodników drużyny futbolowej, jeden z nich wyglądał jak kapitan, który był w tej szkole uważany za kogoś w rodzaju „boga”. Zwykle nie mieszał się w bójki i go to nie interesowało, ale teraz… Powiedzmy, że drużyna futbolowa zawsze stawała w swojej obronie. Nigdy nie dochodziło do kłótni między członkami zespołu.
    - Johnny, przecież wiesz, że to co zrobiliście było złe! – odezwał się muskularny blondyn. Louis kojarzył go z widzenia, ale nie pamiętał jak się nazywał.
    - Więc teraz to nasza wina, tak?! Może ty nam nie pomagałeś wcześniej, co? Nie wciskaj mi kitu, Dustin! – odparł kapitan nazwany Johnnym.
    - Wiesz co o tym sądziłem! – krzyknął Dustin.
    Ta sytuacja zaczęła przyciągać tłumy uczniów, którzy przyszli zobaczyć co się dzieje. Krzyki było słychać co najmniej w całym skrzydle szkoły. Louis przecisnął się przez uczniów, tak, że stał teraz w pierwszym rzędzie.
    - Sądzę, że nie mamy już o czym rozmawiać. – powiedział Dustin tak cicho, że mógł to usłyszeć tylko Johnny. Louis, ze względu na swoje wyćwiczone ucho, potrzebne do grania na gitarze, również usłyszał te słowa.
    Dustin odwrócił się na pięcie, aby odejść i wtedy wszystko potoczyło się nie tak jak trzeba.
    Johnny zadał swojemu koledze z drużyny mocny cios w potylicę. Chłopak powalony siłą uderzenia, osunął się na kolana. Kiedy kapitan myślał, że wygrał swój kolejny wielki mecz, Dustin stanął na nogi i wymierzył prawego sierpowego w wymuskaną twarzyczkę przeciwnika. Johnny niewiele myślać oddał cios. Teraz z nosów obojga sączyła się szkarłatna strużka krwi.
    Louis zareagował instynktownie i rzucił się między bijących się sportowców.
    Mózg Louisa nie zdążył zarejestrować szybkiego ruchu, kiedy chłopak poczuł przeraźliwy ból w klatce piersiowej. Mimo wszystko, nadal próbował zażegnać konflikt i rozdzielić futbolistów.
    - Ej, przestańcie! – wycharczał i splunął krwią na podłogę – Po co komu bójki?
    Jego starania na nic się nie zdały. Spróbował ostatniej deski ratunku.
    - Nabawicie się kontuzji! – krzyknął z całych sił.
    To poskutkowało. Widocznie wzmianka o czymś tak okropnym dotarła do małych móżdżków sportowców. Obaj chłopcy zatrzymali się w połowie zadawania ciosu. Ich twarze wyglądały okropnie. Kapitan miał podbite oko.
    - Co ty sobie do cholery wyobrażasz? Nie wpieprzaj się w nasze sprawy, jasne?! – zaklął Johnny. W następnym momencie jego mina zrzedła. – Panie dyrektorze, co pan tu robi? – wydukał.
    Dyrektor Allen stał z rękami założonym na piersiach i przyglądał się każdemu z chłopców.
    - Wytłumacz mi Johnny, co to wszystko ma znaczyć. – powiedział rzucając im groźne spojrzenia.
    - Wie pan, mieliśmy do załatwienia z kolegą pewne sprawy dotyczące drużyny. – powiedział kapitan, wymawiając słowo „kolega” tak oschle, jak to tylko było możliwe. – a ten tutaj – wskazał głową na Louisa - się napatoczył i zaczął nas bić. Prawda, że tak było? – zapytał się zgromadzonych.
    Johnnemu odpowiedziało zbiorowe milczenie. Niektóre dziewczyny kiwały z zapałem głową, gapiąc się na kapitana jak ciele w malowane wrota. Inni uporczywie wpatrywali się w czubki swoich butów. Johnny uznał milczenie za zgodę i popatrzył wymownie na dyrektora.  
    - W takim razie temu młodzieńcowi – powiedział Allen, przywołując do siebie gestem Louisa - należy się kara. Zostaniesz dzisiaj po lekcjach. A teraz wszyscy macie się rozejść! – wydał rozkaz i zaczął udawać się w stronę swojego gabinetu.
    Johnny dotrzymał mu kroku i zaczął mówić:
    - Bo widzi pan, panie dyrektorze – Dustin właśnie został wywalony z drużyny, więc też może spokojnie odbyć karę.
    Kapitan drużyny popatrzył się na Dustina z wrednym uśmieszkiem na ustach.
    - Jeśli sytuacja tak się przedstawia – dodał dyrektor – to oboje musicie zostać dzisiaj po lekcjach.

∞
    - Dzięki. – powiedział Martin zaraz po wyjściu z klasy.    - Ale za co? – odparła Abby.    Martin zacisnął rękę mocnej na torbie z żabami.    - No wiesz, prawdopodobnie uratowałaś mnie przed wywaleniem ze szkoły. – odrzekł czerwieniąc się mocno.    Abby zatrzymała się i popatrzyła na niego.    - Jak to?    Chłopak zmierzwił swoje ciemne włosy ręką i odwrócił od niej wzrok.    - Kilka tygodni temu przyłapali mnie jak włamywałem się na stary basen. Wiesz, szukałem dobrego miejsca do jeżdżenia na desce. Któregoś razu wpadłem. – przerwał, jakby starał się pozbierać wszystkie swoje myśli – Mieli mnie wywalić ze szkoły, ale mojemu staremu udało się ubłagać dyrektora, żeby dał mi jakąś inną karę. Allen się zgodził, ale dał jeden warunek – jeszcze jedno przewinienie i zostaję natychmiastowo wywalony. Za karę kazał mi zostawać dwa razy w tygodniu po szkole.      Dziewczyna otworzyła usta ze zdziwienia.    - Czyli to znaczy, że… - zaczęła, ale Martin jej przerwał.    - Tak, siedzimy dzisiaj razem w kozie. Cieszysz się? – powiedział uśmiechając się półgębkiem.
__________________________________________________

Poznaliście już czwórkę z piątki głównych bohaterów. Jak myślicie, kim będzie ostatnia osoba? Wszelkie uwagi zostawiajcie w komentarzach :)

środa, 5 lutego 2014

Rozdział I

Kiedy do klasy weszła nauczycielka biologii momentalnie zaległa cisza. Profesor Sinner miała niepodważalny autorytet i nikt nie chciał jej podpaść.
    - Dzień dobry uczniowie. Dzisiaj zajmiemy się płazami. Co o nich wiemy? – zapytała.
    Niska blondynka z pierwszego rzędu podniosła nieśmiało rękę.
    - Proszę Abby. – zachęciła nauczycielka.
    Nietrudno było o pomyłkę na lekcjach profesor Sinner. Nauczycielka czepiała się najmniejszych błędów. Jednak Abby była najlepszą uczennicą w klasie i rzadko zdarzały jej się pomyłki. Dziewczyna nie miała wielu przyjaciół, sprawiała wrażenie, że lepiej niż z ludźmi rozumie się z książkami. Również nikt inny nie przejawiał zainteresowania, aby lepiej ją poznać. Wiele osób nawet nie wiedziało jak ona ma naprawdę się nazywa, wszyscy raczej nazywali ją po prostu „kujonem”.
    - Płazy to gromada kręgowców o nagiej skórze i zmiennej temperaturze ciała. – rzekła Abby niepewnie. Wiedziała, że jedno nieprawidłowe sformułowanie i straci w oczach profesor Sinner. – Większość z nich składa jaja zwane skrzekiem do wody. Narządy wzroku, słuchu i węchu dobrze rozwinięte. Żeber często brak lub są krótkie i nie tworzą klatki kostnej. Układ krwionośny z sercem o dwóch przedsionkach i jednej komorze.
    Reszta klasy słuchała z lekkim znudzeniem. To jasne, że połowa z nich nie wiedziała o czym Abby mówi. Dziewczyna uważała ich za bandę ignorantów, dla których liczy się tylko wygląd i sport.
    - Doskonale. – pochwaliła ją profesor Sinner. – Proszę was, podzielcie się w pary.
    Takie polecenie nauczyciela zawsze najbardziej denerwowało i zasmucało Abby. Uważała, że sama jest w stanie wszystko zrobi lepiej i zazwyczaj nie przeszkadzał jej brak towarzystwa. Jednak teraz Sinner boleśnie jej przypomniała, że nie ma żadnego przyjaciela. Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk głosu nauczycielki.
    - Abby, znowu nie masz z kim być w parze? – Abby się skrzywiła. To nauczycielka, ale mogłaby mieć trochę taktu.
    - Nic nie szkodzi pani profesor. Mogę pracować sama. – powiedziała pewnym głosem.
    - Obawiam się, że nie mamy tyle… - urwała na chwilę, jakby szukała odpowiedniego słowa – pomocy dydaktycznych. O, widzę, że Martin też nie ma pary. Martinie, proszę cię tutaj, będziesz pracować z Abby. Może wreszcie się czegoś nauczysz.
    Abby odwróciła głowę, aby zobaczyć do kogo zwraca się profesor Sinner. Kobieta przywoływała gestem chłopaka z ostatniej ławki. Podniósł swoją głowę z plecaka, który leżał na stoliku. Wstał i powłócząc nogami ruszył w ich stronę. Idąc zdjął z głowy kaptur, a niesforne czarne włosy wydostały się na zewnątrz. Gdyby nie to, że pewnie okaże się kompletnym idiotą Abby mogłaby uznać go za słodkiego.
    Chłopak usiadł na krześle obok niej i niebezpiecznie odchylił się do tyłu.
    - Proszę o ciszę. – powiedziała profesor Sinner – Jutro będziemy przeprowadzać eksperymenty na żabach. Będziecie musieli sami je uśpić i rozkroić. Oczywiście musicie się najpierw dowiedzieć jak to robić. Dlatego puszczę wam dzisiaj film instruktażowy.
    Nauczycielka udała się na zaplecze po płytę DVD. Natychmiast rozległy się podniecone głosy. Opinie na temat rozkrajania żab były skrajnie różne. Abby słyszała „fuuu, to obrzydliwe”, ale zaraz ktoś się odezwał mówiąc „ekstra! To będzie prawie jak na horrorach”. Zerknęła delikatnie na chłopaka obok niej, który bujał się na krześle. Kiedy tylko on zobaczył jak mu się przygląda, odwróciła głowę. On jednak uśmiechnął się półgębkiem i wyciągnął rękę w jej stronę.
    - Cześć, jestem Martin. – przedstawił się – Chyba będziemy razem pracować.
    Abby westchnęła.
    - Cóż, chyba nie mamy wyjścia. -  odparła, siląc się na uśmiech – Jestem Abby.
    - Miło mi cię poznać, Abby. Myślę, że nie będzie tak źle. Nie jestem takim idiotą na jakiego wyglądam.
    Abby była zaskoczona takim wyznaniem. Znowu się uśmiechnęła, tym razem już naturalnie.
    - Dogadamy się. – powiedziała, mając szczerą nadzieję, że to okaże się prawdą.
    W tym czasie profesor Sinner zdążyła wrócić do klasy i puścić im film, który miał w sobie więcej krwi niż niejeden horror. Wtedy to Abby podjęła decyzję o uwolnieniu niewinnych żabek, nieważne jaka by za to miała być kara.
    Martin co chwila zerkał na Abby. Jej źrenice rozszerzały się do nienaturalnych rozmiarów, kiedy oglądała wykonywanie sekcji zwłok żaby. Kiedy spotykał ją na korytarzu (dawno temu wpadli na siebie, ona upuściła swoje książki, a on pomógł je pozbierać – ku jego niezadowoleniu Abby chyba zapomniała o tym incydencie) albo słuchał jej odpowiedzi na lekcji wydawała mu się bardzo zarozumiała, ale jednocześnie niewiarygodnie samotna. Pamiętał jak siedziała w samotności podczas przerw obiadowych i czytała książki.
    - To okropne, prawda? – szepnęła do niego – Jak można takie rzeczy robić tym żabkom. Przecież one nie są niczemu winne!
    Martin dostrzegł coś w jej oczach. To był jakiś rodzaj determinacji. Czyżby najlepsza uczennica chciała zrobić coś niezgodnego z regulaminem szkolnym? Oczywiście, robiła to ze szlachetnych pobudek, ale mimo wszystko, narażała się na konsekwencje.
    - Nie powinni tego robić. – powiedział.
    Abby uśmiechnęła się z satysfakcją.
∞
Podczas długiej przerwy, kiedy wszyscy udali się na obiad, Martin zakradł się do pracowni biologicznej i usiadł w najdalszym kącie klasy, tak, że kiedy ktoś wchodził przez drzwi go nie widział. Nie musiał długo czekać, po jakiś trzech minutach niska blondynka otworzyła drzwi. Przez ramię miała przewieszoną dużą, sportową torbę, co wyglądało trochę nienaturalnie, zważywszy na to, że nie uprawiała żadnych sportów i była molem książkowym.
    Stanęła w miejscu i zaczęła nasłuchiwać. Usłyszała odgłos kumkania dochodzący z biurka nauczyciela. Podeszła do niego i zaczęła otwierać szuflady. Jedna z nich była zamknięta na klucz.
    - O cholera – zaklnęła cicho.
    Wyjęła z włosów wsuwkę i wygięła ją pod odpowiednim kątem. Włożyła ją w dziurkę od klucza i po kilku szybkich ruchach zamek zatrzeszczał i się otworzył. Martin musiał przyznać, że zaimponowała mu tą sztuczką. Może to nie było nic niezwykłego, ale nigdy nie spodziewałby się po Abby takich umiejętności. Pomyślał, że musi czytać dużo powieści szpiegowskich.
    Dziewczyna otworzyła szufladę zupełnie nie przygotowana na to co miało nastąpić. Gdy tylko żaby poczuły zapach wolności, wyskoczyły na zewnątrz. Abby zaczęła je ganiać po całej sali.
    - Może potrzebujesz pomocy? – odezwał się Martin.
Abby gwałtownie zachłysnęła się powietrzem i upuściła torbę, którą trzymała. Chłopak podszedł bliżej.
    - Ale.. jak? – zdołała wyjąkać.
    - Nie spodziewałaś się mnie tutaj, prawda? Widziałem jak oglądasz ten film. To było jasne, że chcesz je uwolnić.
    W tym momencie Abby odzyskała mowę.
    - Co ty sobie wyobrażasz? Jak mogłeś tu przyjść i…
    Martin gwałtownie jej przerwał.
    - Słuchaj, nie poszedłem na obiad, bo chciałem ci pomóc. – warknął, może trochę za ostro - Ale jeśli bardzo mnie tu nie chcesz to mogę sobie w każdej chwili odejść.
     Odwrócił się na pięcie i już miał wyjść, kiedy zatrzymał go cichy głos.
    - Zostań, proszę.
    Abby patrzyła na niego swoimi brązowymi oczami z niemym błaganiem.
    - Dobrze. Musimy się pospieszyć, bo mamy dużo żab do złapania, a przerwa nie będzie trwać wiecznie.
    Dziewczyna kiwnęła głową i zabrali się do roboty.
    Przez całą przerwę łapali żaby i wkładali je do torby. Musieli pilnować, aby tym złapanym nie zachciało się znowu wolności. Abby musiała przyznać, że w dwójkę robili to znacznie szybciej niż gdyby była sama. Doceniła to, że Martinowi chciało się pomóc w tej niedorzecznej akcji.
    - To już chyba ostatnia, nie? – powiedział Martin, wkładając żabę do torby.
    - Tak, to już wszystkie, słuchaj ja… - chciała go przeprosić, lecz coś jej przeszkodziło.
    W tym momencie zdarzyły się trzy rzeczy. Abby wcisnęła torbę Martinowi do ręki, stanęła jak wryta w ziemię i wydała zduszony okrzyk patrząc na otwarte na oścież drzwi.