czwartek, 15 maja 2014

Rozdział XIII

Po dokładnym obejrzeniu blokady drzwi, Dustin i Louis wrócili do Julie. Stwierdzili, że to niemożliwe, aby tak poprawny i praktycznie nie możliwy do sforsowania zamek, wykonał jakiś prymitywny zombie. Między klamki obu skrzydeł drzwi był włożony metalowy pręt, a jego brzegi były wygięte i ułożone w znak przypominający symbol nieskończoności. Dustin, który przecież był sportowcem i nie powinien mieć z tym problemu, nie mógł sobie poradzić z odblokowaniem drzwi.
    Z drugiej strony powinni się cieszyć, że są dobrze zabezpieczeni i przynajmniej nie grożą im żadne ataki z zewnątrz. Jednak bardziej niepokojące było to, co znajdowało się wewnątrz. Przecież nie pierwszy lepszy cherlawy uczeń jest w stanie tak wygiąć metalową rurę.
    Naturalnie, najsilniejsi zawsze byli członkowie drużyny futbolowej. Dustin przestał mieć nadzieję, że któryś z jego kolegów ocalał – w tłumie, który zostawili za zamkniętymi drzwiami prowadzącymi do auli, widział co najmniej dziesięć drużynowych koszulek. Wiedział, że szanse, że któryś będzie miał na tyle rozumu by uciekać, gdzie pieprz rośnie nie współgrały z ich niskim ilorazem tolerancji. Owszem, nie można im odmówić zgranej pracy w drużynie, jednak taki układ sprawdza się tylko wtedy, gdy mają silnego przywódcę, który powie im dokładnie jak mają grać. Dustin był pewien, że teraz tego zabrakło – za przywódcę uważali kapitana drużyny i słuchali jego słów z wielkim zapałem, a potem powtarzali je jak mantrę. Johnny miał jednak tą słabość, że wszystkie konflikty rozwiązywał za pomocą przemocy. Dustin wątpił czy rzucenie się na zombie, który może cię załatwić nawet draśnięciem, było najlepszym pomysłem.
    Biorąc pod uwagę, że później spotkali Johnny’ego jako żywego truposza, który chciał się rzucić na swoją byłą dziewczynę, był to bardzo zły pomysł.
    Korytarz, na którym się obecnie znajdowali, był po obu stronach zakończony parami drzwi. Oba były zablokowane w identyczny sposób, co mogło oznaczać tylko jedno – ktoś chciał się ukryć i zablokował jedyny sposób ucieczki. Oczywiście była jeszcze jedna droga – przez lożę dla nauczycieli, która znajdowała się nad aulą. Te drzwi były praktycznie zawsze zamknięte – zostawały otwierane tylko na akademie. Jednak jak się w rzeczywistości okazało, drzwi nie były naprawdę zamknięte, tylko mocno zatrzaśnięte. Wystarczyło mocno naprzeć i ustępowały.
    Dustin, Julie i Louis się przekonali, że gdy zombie nie mają motywacji, na przykład, są bardzo głodne i postanawiają urządzić sobie szwedzki bufet z ludzkiego mięsa, chodzą tylko w konkretnych strefach. Jeśli więc truposze nie wiedziały, że ktoś tu się znajduje, nie widziały potrzeby dostania się na to piętro.
    Julie starała się jeszcze bardziej zabarykadować drzwi, którymi się tutaj dostali. Weszła do pierwszej z brzegu otwartej klasy i po szybkim sprawdzeniu, że nie czai się tam żaden nieproszony gość, wzięła kilka krzeseł i postawiła je za szafką, którą przytargali chłopcy.
    Byli chyba na piętrze przyrodniczym – znajdowały się tu pracownie do chemii, biologii i fizyki. Obok jednej z pracowni fizycznych znajdował się pokój nauczycielki – dlatego wejście na balkon nad aulą, znajdowało się właśnie na tym piętrze – szkoła była projektowana w ten sposób, żeby nauczyciele nie musieli się za dużo nachodzić.
    Dziewczyna nie zwracała uwagi na hałas, jaki wykonuje poprzez szuranie stolika po linoleum. Wiedziała, że wszystkie truposze, które znajdują się w auli, zdają sobie sprawę z obecności jej, Dustina i Louisa i pragną jej krwi. Nie widziała, więc sensu w ukrywaniu tego, co było oczywiste.
    Julie właśnie ustawiała ostatnie krzesło, gdy poczuła oddech na swoim karku. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza i z zamachem odwróciła się na pięcie.
    - Louis! Nigdy więcej…
    Julie nie dane było skończyć. Chłopak zasłonił swoją dłonią całe jej usta, jednocześnie przykładając palec wskazujący drugiej ręki do swoich warg. Przekaz był jasny – „siedź cicho”.
    Julie wydała z siebie kilka niezrozumiałych dźwięków, a kiedy uznała, że dalsze wyrywanie się nie ma sensu, uspokoiła się. Jej klatka piersiowa unosiła się podczas wykonywania miarowych oddechów. Dopiero, kiedy Louis zobaczył, że Julie jest spokojna, zabrał swoją dłoń.
    - Ty idioto! Co to miało być?
    Przed Julie pojawił się Dustin, wzrokiem gromiąc dziewczynę.
    - Ciszej, nie jesteśmy tu sami.
    - Przecież wiem, że szkoła jest pełna zombie. – odparła Julie, krzyżując swoje ręce na klatce piersiowej.
    Dustin powoli pokręcił głową na boki, zupełnie jakby myślał, że im wolnej będzie to robić, tym szybciej prawda dojdzie do Julie.
    - Nie o to mi chodzi.
    Zdezorientowana Julie popatrzyła na obu swoich towarzyszy i wreszcie zrozumiała. Z przerażenia rozszerzyły się jej źrenice, a usta odruchowo zakryła dłonią.
    - Wy nie blokowaliście drzwi wyjściowych. Ktoś już je zamknął.
    - Bingo. – odrzekł Louis.
    - Wiejemy? – spytała dziewczyna.
    - Najpierw oceńmy zagrożenie. Korytarz nie jest długi, jesteśmy w trójkę, damy sobie radę. – odpowiedział jej Dustin. Podrapał się w zamyśleniu po brodzie i dodał: - Może znajdziemy sojuszników.
    - Problem w tym – powiedział Louis – że przez głośne zachowanie naszej księżniczki straciliśmy element zagrożenia.
    Dustin uśmiechnął się szeroko.
    - W takim wypadku nie musimy być wcale ostrożni.
    Napotkał zdziwione spojrzenia Julie i Louisa i próbował westchnąć ostentacyjnie, ale ponieważ nadal był uśmiechnięty, efekt był komiczny. Bez wyjaśnień podszedł do pierwszych z brzegu drzwi do klasy i kopnął w nie z całej siły. W miejscu, gdzie Dustin uderzył drewno się wklęsło, a szybę pokryła sieć drobnych pęknięć. Drzwi wypadły z zawiasów.
    Dustin patrząc na swoich osłupiałych przyjaciół, powiedział ze śmiechem:
    - Nie mówicie, że nigdy nie chcieliście tego zrobić.
    Louis uśmiechnął się półgębkiem.
    - Marzę o tym od zawsze. – powiedział.
    Chłopcy zaczęli szarpać się z inną parą drzwi, a tymczasem Julie podeszła do szafki, którą zabarykadowali drzwi oddzielające ich od zombie.  Otworzyła dolne drzwiczki i zajrzała do wnętrza w celu zbadania zawartości. Po krótkim grzebaniu wyjęła stamtąd globus.
     Julie stanęła naprzeciwko drzwi, za które chłopcy nie zdążyli się jeszcze zabrać i rzuciła z całej siły globusem w szybkę. Szkło rozbiło się na drobny mak, a dziewczyna naciągnęła rękaw swojego sweterka i przełożyła rękę przez otwór, który zrobiła. Julie wyszukała klamkę i otworzyła drzwi od wewnątrz.
    Wszyscy otwierali jeszcze inne drzwi na różne sposoby. Louis naparł swoim barkiem na ostatnią zamkniętą parę. Napotkał opór, który był nie tylko spowodowany zamkiem. Coś stało z drugiej strony i uniemożliwiało dostanie się do środka.
    Julie wzięła książkę, która leżała na stoliku. Pomyślała, że „Podręcznik anatomii dla klasy dziesiątej” bardzo by się spodobał Abby. Chcąc odgonić od siebie myśl, że Martinowi i Abby mogło się coś stać, rzuciła obszernym tomem w szybę.
    Odgłos tłuczonego szkła zlał się z kobiecym krzykiem. Dustin i Louis natychmiast odwrócili swoje głowy w stronę jedynej dziewczyny w ich towarzystwie. Julie pokręciła głową.
    - To nie ja. – powiedziała bezgłośnie.
    Dustin powoli ruszył w stronę drzwi. Odłamki szyby chrzęściły pod jego adidasami. Nie musiał stawać na palcach, aby zobaczyć wnętrze klasy.
    Pracownia chemiczna była w nienaruszonym stanie. Nic nie przyciągało szczególnej uwagi Dustina. Te same co zwykle zlewki stały na stolikach. Ta sama szafka z substancjami, stała zamknięta na klucz w swoim zwykłym miejscu. Dustin mógłby przysiąc, że zaraz zadzwoni dzwonek i do klasy wejdą uczniowie.
    Nie zgadzał się tylko jeden szczegół. W kącie klasy kuliły się dwie kobiety. Jedna, mimo swej postawy, patrzyła się na Dustina dumnym wzrokiem. Druga, pewnie młodsza, zakryła swoją twarz dłońmi. Chłopak od razu rozpoznał burzę rudych loków. Jego oczy zaszły łzami.
   - Jules? – szepnął cicho.


___________________________________________
Pisany w ferworze przygotowań do bierzmowania rozdział. Dlatego też musicie wybaczyć mi jego długość i drobne błędy. Poważnie, wychodzę z domu o 7, wracam o 21 i idę spać.
Taki tryb życia skończy się wraz z niedzielną datą, ale *fanfary* w poniedziałek jadę na Węgry na wymianę międzyszkolną i nie ma mnie do następnej niedzieli :) Nowego rozdziału i komentarzy na Waszych blogach należy się spodziewać dopiero po 27 maja ;)
Życzcie mi powodzenia, żebym się nie zgubiła w Budapeszcie xd

wtorek, 22 kwietnia 2014

Rozdział XI

- Dustin, pospiesz się! – szepnęła głośno zdenerwowana Julie.
    Chłopak wszedł do auli i delikatnie zamknął za sobą ciężkie drzwi. Spojrzał na Julie, która natychmiast spuściła wzrok, gdy tylko spostrzegła, że oczy chłopaka błądzą po jej ciele. Louis nie zwracał na nich uwagi i od razu zabrał się do dokładnego badania sceny.
    - Jesteśmy tu bezpieczni. – powiedział, idąc między rzędami identycznych krzesełek. Był bardzo ostrożny, nic nie widział i szedł powoli, muskając delikatnie wierzch tapicerki. – Ale proszę was, na miłość boską, bądźcie cicho! Nie chcemy jeszcze robić rozgłosu.
    - Lou… - zaczęła Julie, ale chłopak szybko jej przerwał.
    - Nie nazywaj mnie tak. – powiedział oschle.
    - Dobra, ale chodzi o to, że to nie była wina Dustina, że narobił tyle hałasu. Żadne z nas nie widziało tego ciała.
    Dustina przeszły ciarki, gdy tylko przypomniał sobie powoli gnijące ciało, które leżało na podłodze. Światła zgasły na chwilę, jakby ktoś odciął ich od świata, a on, jako, że szedł przodem, pierwszy wpadł na zwłoki. Upał tak niefortunnie, że spowodował niezłe zamieszanie. Odgłos, który wydał przy upadku, przyciągnął wygłodniałego truposza, który w pierwszej kolejności zabrał się za martwe ciało, co pozwoliło Dustinowi, Julie i Louisowi na dostanie się do auli.
    Mieli szczęście, że byli na tyle blisko sali, której szukali, że zanim wywaliło prąd, zdążyli zobaczyć gdzie są drzwi. Teraz wystarczyło się tylko kierować przed siebie i nasłuchiwać: ostatnie czego chcieli to spotkanie twarzą w twarz z zombie.
    - Może wiecie gdzie są jakieś latarki albo cokolwiek, co pozwoli nam przejrzeć te ciemności? – zakończył tą dyskusję Louis.
    Chciał zmienić temat. Wiedział, że kłótnie na nic się nie zdadzą. Przez ten czas, kiedy byli na siebie skazani, mimo wielu sprzeczek na przeróżne tematy bardzo polubił tych ludzi. Przez swoją oschłość pokazywał jak zależy mu na tym, żeby żadnemu z nich nic się nie stało. Louis był pewny, że nigdy nie wybaczył by sobie takiej sytuacji.
    Nie jeśli może temu zapobiec.
    Wychodząc z piwnicy, poruszony tym co powiedziała Abby, postanowił, że woli umrzeć niż żyć ze świadomością, że ktoś umarł za niego. Bycie przydzielonym do drużyny razem z Julie i Dustinem nie ułatwiało tego zadania.
     - Na pierwszych zajęciach kółka teatralnego zostaliśmy oprowadzeni po całym pomieszczeniu. – Julie w przeciwieństwie do Louisa szła bardzo pewnie, jakby znała na pamięć każdy centymetr kwadratowy auli. – Panna Scott, nasza opiekunka, pokazała nam również pomieszczenie techniczne. Wiecie podnoszenie kurtyny, zmiana tła… - Dziewczyna weszła po stromych schodach na podest i nie wahając się ani chwilę, skręciła z prawo, tuż za gruby, czerwony materiał. – i sterowanie oświetleniem.
    Julie stanęła naprzeciwko panelu kontrolnego i po kilku nieudanych próbach wreszcie natrafiła na właściwy guzik – reflektory zapłonęły oślepiającym blaskiem.
    Błysk był tak intensywny, że oślepił Louisa i Dustina i oboje musieli zakryć swoje oczy. Dopiero po chwili, gdy ich wzrok przyzwyczaił się do światła, zerknęli za stojącą na podeście Julie, która ukłoniła się w teatralnym geście.
    - Ale jak? – wyjąkał Dustin piskliwym głosem. Odchrząknął i dodał już normalnie: - Przecież w całej szkole wysiadły korki. Widzieliśmy to na własne oczy.
    - Problem w tym, że my nic nie widzieliśmy. – poprawił go Louis. – Jak odpaliłaś światła?
    - Mówicie o tym, jakby to był mój pierwszy przebłysk geniuszu. – powiedziała Julie. Próbowała udać obrażoną, jednak jej to nie wyszło i wybuchła śmiechem. – Musicie się nauczyć, że nie jestem taka tępa na jaką wyglądam.
    Dustin i Louis jednocześnie spuścili głowy i zaczęli intensywnie oglądać czubki swoich poplamionych butów.
    - Nie udawajcie, że nigdy nie pomyśleliście o mnie „głupia cheerleaderka”. Każdy tak sądzi, dopóki nie pozna mnie lepiej. – Julie westchnęła głośno i domyślając się, że nie spotka się z żadnym odzewem ze strony chłopaków, powiedziała: - Sala ma własny agregat. Właśnie na takie przypadki. Podobno kiedyś w środku wystawiania „Hamleta” zabrakło prądu i wybuchła panika. Dyrekcja postanowiła, że nigdy więcej nie dopuszczą do powtórzenia tego zdarzenia i kupili agregat.

    Po przeszukaniu rekwizytorni Louis i Julie nie znaleźli żadnych latarek ani innych przydatnych przedmiotów – jedynie kilka sukienek z głębokiego rokoko.
    - Czy zanim odeszłaś, zdążyłaś wystąpić w chociaż jednej sztuce? – spytał Louis.
    Przegrzebywał się właśnie przez stertę kapeluszy, gdy natknął się na coś, co mogło im się do czegoś przydać. Dotknął palcami chłodnego metalu.
    - W jednej. „Skąpiec”. Potrafisz wyobrazić sobie mnie w pudrowanej peruce i bufiastej sukni?
    Julie zaśmiała się perliście. Wspólne poszukiwania sprzętu sprawiły, że lodowy mur, który postawili między sobą zaczął powoli topnieć.
    - Właściwie pewnie nie wyglądałabyś tak źle. – odparł Louis, zanim zastanowił się nad sensem wypowiadanych słów. Nie dał Julie szansy na rewanż i szybko zmienił temat. – Patrz co znalazłem. Myślisz, że się przyda?
    Julie zaśmiała się jeszcze głośniej niż poprzednio i łapiąc się za brzuch powiedziała:
    - Chcesz żebyśmy szli na hordy zombich z lampą naftową?
    - Są na baterie. – odrzekł chłopak. – Widzisz, tu jest włącznik.
    Julie dotknęła pstryczka i lampa od razu się zapaliła.
    -  Nie wiemy na jak długo starczą.
    - Bierzemy. – skwitował chłopak. – Tego jest więcej, każdy będzie miał swoją.
    Do ich uszu dotarł głośny huk i przyduszony krzyk. Zerwali się na równe nogi i pobiegli zobaczyć, co się dzieje z Dustinem. Julie stanęły przed oczami najgorsze możliwe scenariusze.
    Gdy tylko zobaczyli przykucniętego Dustina, z gardła dziewczyny wydał się nieokreślony dźwięk, coś pomiędzy jego imieniem, a chrumkaniem świni.
    Podbiegła do niego i uklęknęła.
    - Dustin! – teraz Julie krzyknęła wyraźnie jego imię.
    - Nic mi nie jest. Za mocno zamknąłem tą klapę i nie zdążyłem cofnąć dłoni.
    Dopiero teraz oboje zobaczyli fioletowe palce, które Dustin wydostał spod drewna. Wstał nieporadnie, wspierając się na zdrowej dłoni.
    - To nie wygląda zbyt dobrze. – powiedział Louis, przyglądając się kończynie kolegi. – Możesz nimi ruszać?
    Dustin spróbował zgiąć palce, ale natychmiast jego twarz wygięła się w wyrazie tępego bólu.
    - Nie dam rady.
    Louis pokręcił głową, próbując znaleźć jakieś odpowiednie rozwiązanie.
    - Możemy później coś wymyślimy.
    - O cholera. – zaklęła Julie.
    - Ej, damie nie przystoi. – powiedział Dustin.
    - Nie o to chodzi. – Julie głośno przełknęła ślinę, czuła, że jej przełyk robi się suchy jak wata. Tępo wpatrywała się w drzwi, nie ruszała się, jakby jej nogi wrosły w drewno i do końca życia miała pozostać w takiej pozycji.
    Louis i Dustin odwrócili się, tak, że teraz stali przodem do drzwi.
    Do drzwi, w których stał zombie.
    Zgniłozielona skóra i przekrwione białka oczu kazały im uciekać, jednak oni stali jak sparaliżowani. Może dlatego, że się bali. Może dlatego, że nie byli przygotowani, żeby w tym momencie rozpocząć swoją akcję. Może dlatego, że wszyscy w tym samym momencie pojęli, kto lub co, stoi przed nimi.
    - Och Johnny. – szepnęła Julie. Zamgliło się jej przed oczami od łez, które napłynęły. – Co się z tobą stało?
   Louis jako pierwszy odzyskał zdolność szybkiego myślenia. Czy dlatego, że Johnny, a raczej jego pozostałość, nie był jego chłopakiem ani kumplem z drużyny? Nie wiedział, jednak wpadł na najlepszy pomysł wyjścia z tej sytuacji. Trybiki w jego mózgu pracowały w zawrotnym tempie, kiedy on podjął decyzję.
    - Biegnijcie do garderoby aktorów i się wydostańcie stąd. Teraz!
    Jego okrzyk sprowadził Julie i Dustina na ziemię, który poderwali się do biegu w lewą stronę. On pobiegł w przeciwnym kierunku, do pomieszczenia technicznego.
    Kiedyś Louis interesował się techniką, więc szybko pojął, który guzik uruchamia muzykę. Mimo beznadziejnej sytuacji myślał, że wybuchnie śmiechem, gdy usłyszał pierwsze takty „Jeziora Łabędziego”.
    Cóż musi wystarczyć, pomyślał. Ustawił maksymalną głośność i mając nadzieję, że jego plan zbawi wszystkie zombie do auli, pobiegł w kierunku swych towarzyszy.
    Kiedy przebiegał przez podest, spojrzał w wnętrze sali i zobaczył, że ich działania przynoszą zamierzony skutek – coraz więcej truposzy pojawiało się na widowni. Jednak duża odległość od nich, pozwalała na spokojną, o ile można tak ją nazwać w tych warunkach – ucieczkę.
    Wpadł do garderoby i od razu zobaczył co się dzieje. Dustin próbował wywarzyć drzwi ramieniem, ale one stawiały opór. Julie szukała czegoś w szafach, ale nie znalazła nic, co pomogłoby Dustinowi.
    Zostali zamknięci. Są w pułapce. Ich plan się nie powiódł.
    Louis podjął jedyną racjonalną decyzję – wrócił na salę. Na szczęście Julie i Dustin zrozumieli co chciał zrobić i poszli za nim.
    Zombie były coraz bliżej, ale trójka nastolatków zamiast iść prosto na nich, skręciła w lewo, tuż na schody prowadzące na balkon.
    Balkon to miejsce, gdzie podczas wszystkich wydarzeń siedzą nauczyciele. Widzą stąd najlepiej scenę i widownię pod sobą. Teraz stało się to bardzo przydatne, gdyż był to idealny punkt obserwacyjny.
    Dustin podszedł do drzwi, które znajdowały się dokładnie piętro wyżej od tych wejściowych do sali, przez które teraz wchodziły tłumy truposzy. Naparł na nie całym swoim ciałem, ale one ani nie drgnęły. Louis zaczął mu pomagać i zdawały się one powoli ustępować. Nie były zamknięte jak te poprzednie, te były po prostu bardzo mocno zatrzaśnięte.
    Julie obserwowała tłum na dole i nie zauważyła, że jeden z zombiaków dostał się na schody, które prowadziły na balkon. Zanim zdążyła krzyknąć, ten ją zaatakował. Dziewczyna kopała go i szarpała, ale na nic to się zdawało. Nagle ktoś wymierzył truposzowi mocnego kopniaka, który zwalił go z powrotem na schody.
    Julie dopiero teraz dokładnie się przyjrzała napastnikowi – to Johnny ją zaatakował. Musiała przyznać, że nawet jako odrażająca, krwiożercza istota był na swój sposób pociągający.
    Ten jeden moment, kiedy się zawahała sprawił, że truposz złapał ją za kostkę. Tym razem jej ciało przeszedł dreszcz, spowodowany dotykiem zimnej skóry. Zaczął ją ciągnąć razem z sobą, a ona krzyczała najgłośniej jak potrafiła. Jak zza mgły dotarł do niej męski głos.
    - To nie on! Julie, zabij go!
   Julie wyciągnęła z kieszeni puszkę gazu pieprzowego i wymierzyła go w przeciwnika. Kiedy miała go prysnąć truposzowi w twarz, przed oczami stanęły jej wszystkie chwile spędzone z Johnnym. Było im razem tak dobrze, a ona miała go teraz ogłuszyć? W gdzieś w tle usłyszała otwierane drzwi.
   Nie zdążyła odpowiedzieć sobie na to pytanie, ponieważ czyjaś stopa znowu uderzyła zombiaka w twarz. Teraz bezwładnie sturlał się po schodach, niczym gumowa piłka.
   Dustin podał Julie rękę i pomógł jej wstać. Nie było czasu na pretensje – udało im się otworzyć drzwi i musieli się jak najszybciej stąd wydostać. Wybiegli szybko na korytarz na piętrze.
   Gdy tylko wydostali się na zewnątrz, Louis i Dustin zatarasowali drzwi pobliską szafką. Nie chcieli powtarzać kolejny raz tego strasznego scenariusza. Rozbiegli się w przeciwnych kierunkach, aby sprawdzić czy pozostałe drzwi, którymi można się tu dostać są zablokowane. Ku ich zdziwieniu reszta wejść była nie do przejścia, co mogło oznaczać dwie rzeczy.
    Znaleźli się w paszczy wroga albo ktoś jeszcze stara się przetrwać.
____________________________
Wiecie co? Podoba mi się ten rozdział :)
Wyjątkowo nie ma tutaj Marby (rany, spodobało mi się to określenie), bo chcę podtrzymać napięcie związane ze śmiercią xd
Przepraszam za nieobecności na Waszych blogach, postaram się je jak najszybciej nadrobić ;)
Odpowiedziałam na większość nominacji do LBA, jeślibyście chcieli zapoznać się z moimi odpowiedziami to serdecznie zapraszam (trzeba kliknąć ten obrazek z LBA, który znajduje się po prawej stronie bloga lub dla leniwych, wystarczy kilknąć tutaj). 
Powiadam Wam, niedługo wyjaśni się tajemnica z Jules, wskazówek szukajcie w prologu.  

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Rozdział X

                 Echo kroków mieszało się z nierównomiernym oddechem i roznosiło się po pustych korytarzach Lincoln Bay High. Dustin szedł przodem i przy każdym zakręcie zatrzymywał się, aby spojrzeć, czy nie podążają ich tropem niepożądane osobistości. Jak na razie musieli pozostać niezauważeni i zwracać na siebie jak najmniejszą uwagę.
    Od Martina i Abby odłączyli się od razu po wyjściu z piwnicy. Opuszczenie ich kryjówki było bardzo ryzykownym posunięciem, ale koniecznym, aby odzyskać wolność. Jak wcześniej założyli sobie, ich plan miał na celu dotarcie do jedynego miejsca, gdzie prawdopodobnie były działające telefony. Dostanie się tam i wykonanie tego jednego, niezwykle ważnego telefonu – to było zadanie Martina i Abby. Natomiast Louis, Dustin i Julie mieli po prostu jak najdłużej utrzymać zombie z dala od nich.
    Najlepszym miejscem na wykonanie tej misji wydawała się aula. To duże pomieszczenie, mogące pomieścić wszystkich uczniów szkoły, używane było głównie na uroczystości, przestawienia i przemówienia dyrektora, dotyczące prawidłowego wychowania nastolatków. Sala miała kształt prostokąta, a na przeciwległym boku do ogromnych drzwi znajdowała się scena ze specjalnie przygotowaną mównicą.  Środek natomiast był zapełniony najwygodniejszymi krzesełkami w całej szkole.
     Jednak trójka nastolatków kierujących się do auli, nie mogła zostać zdemaskowana od razu po wyjściu z piwnicy. Potrzebowali trochę czasu na miejscu, jak to pięknie określił Louis „zbiórki wszystkich martwych, ale jednocześnie chętnych zabijania”, bowiem musieli dobrze zaplanować swoją drogę ucieczki. Postanowili, że wydostaną się z sali przez otwór w podłodze, który był miejscem, gdzie podczas przedstawienia stali suflerzy, a jednocześnie prowadził do pomieszczenia technicznego, a co za tym idzie – do wyjścia. Julie kiedyś była członkiem kółka teatralnego, ale trwało to krótko i nie mogła sobie przypomnieć, gdzie dokładnie trzeba było skręcić pod sceną. Egipskie ciemności, które tam panują zdecydowanie nie ułatwiały jej zadania. Dlatego też, trzeba było wszystko dokładnie przeszukać – nie mogli pozwolić sobie na choćby najmniejszą pomyłkę, bo wiedzieli, że cena, którą przyjdzie im za nią zapłacić będzie nie do zniesienia.
    Szli właśnie wzdłuż uczniowskich szafek, które były przymocowane do ścian korytarza, gdy Julie nagle się zatrzymała. Odwróciła się na pięcie i bez słowa ruszyła w przeciwnym kierunku. Pierwszym, który zdał sobie sprawę z zaistniałeś sytuacji był Louis.
    - Co ty wyprawiasz, do cholery? – syknął, gdy tylko oprzytomniał. Chłopak złapał mocno Julie za nadgarstek, przyciągając ją do siebie. Dzieliło ich zaledwie kilka centymetrów, ale przestrzeń, która była między nimi, niemal wybuchła od napięcia, które tworzyli, patrząc na siebie wściekłym wzrokiem.
    - Przestań. – powiedziała stanowczo. – To boli.
    Julie zaczęła wyszarpywać swoją dłoń z mocnego uścisku chłopaka, który nie chciał jej puścić.
    - W takim razie oświeć nas i powiedz co robisz. – odrzekł Louis, siląc się na ton nieznoszący sprzeciwu.
    Julie przewróciła oczami.
    - Tam jest moja szafka.
    - Nadal nie rozumiem, jak to mam nam pomóc.
    Dziewczyna nie zwracała uwagi na Louisa i mimo jego narzekań, poszła w stronę swojej szafki.
    - Cienie do powiek i szminki pomogą nam w apokalipsie zombie? – Louis nie dawał za wygraną i nadal bezlitośnie kpił z dziewczyny. – Chcesz ich pomalować, żeby ładnie wyglądali, kiedy Dustin i ja rozwalimy im głowy?
    - Chłopie, odpuść. – powiedział Dustin, klepiąc Louisa w uspokajającym geście po ramieniu. – Pamiętajcie, że kłótnie nam nie pomogą.
    Julie wykręciła właściwy kod, uruchamiający zapadnie w zamku i ostrożnie otworzyła szafkę tak, aby ta nie wydała charakterystycznego skrzypnięcia. Chłopakom ukazała się jej zawartość – typowa przechowywalnia popularnej dziewczyny. Nie zauważyli żadnych książek poza kompletem, który dostali na początku roku szkolnego i spokojnie sobie leżał na samym dnie. Skutecznie go zakrywały przeróżne notesy, w tym jeden zdecydowanie większy. Górna półka była pełna kosmetyków, Louis się nie pomylił – znaleźli tu prawdziwy arsenał do walki z brzydotą. Na drzwiczkach było przymocowane wielkie lustro, które w kilku miejscach zakrywały fotografie. Przedstawiały one uśmiechniętą Julie w towarzystwie kilku dziewczyn, zapewnie jej koleżanek z drużyny cheerleaderskiej oraz pewnego chłopaka.
    Louisa ogarnęła wściekłość, kiedy zobaczył to zdjęcie. Również Dustin stał się czerwony na twarzy. Julie obejmowała na tych zdjęciach Johnny’ego Cartera – chłopaka, przez którego musieli zostać po lekcjach. Chociaż jeśli pomyśleć o tym na spokojnie, to może nawet dobrze się stało, że trafili do kozy – przynajmniej nie skończyli jak ci, którzy byli wtedy w szkole.
    Dziewczyna sięgnęła w głąb szafki i wyciągnęła małą puszkę, która była ukryta za książkami i notesami. Rzuciła ją Dustinowi, aby ten mógł się dokładniej przyjrzeć.
    - Może kosmetyki nam nie pomogą, ale sądzę, że to może się przydać. – powiedziała.
    - Dezodorant? – prychnął Louis.
    Twarz Dustina rozpromieniła się, gdy tylko ten lepiej zobaczył opakowanie puszki.
    - To nie dezodorant. - rzekł, a widząc skołowaną minę Louisa, dodał: - Nie wiedziałem Julie, że pozwolili ci trzymać w szkole gaz pieprzowy.
    Julie zachichotała.
    - Nie pozwolili. 
 
∞

                 Martin i Abby szli opustoszałym korytarzem, trzymając się blisko siebie. W razie ataku byli gotowi wzajemnie się osłaniać, a jednocześnie wyczuwalna obecność drugiej osoby we swoisty sposób ich uspokajała. Nie mogli się do siebie odzywać, więc chociaż ciepło towarzysza sprawiało, że czuli się dobrze.
    Chłopak prowadził tak pewnie, jakby znał drogę na pamięć. Co z resztą nie bardzo się różniło od prawy, w końcu bywał w gabinecie dyrektora dosyć często. Abby była tam tylko dwa razy – po raz pierwszy, ponad rok temu, gdy zapisywała się do Lincoln Bay High, a koleinie znalazła się tam kilka dni temu, kiedy została przyłapana na wykradaniu żab z pracowni biologicznej.
    Te wydarzenia miały miejsca zaledwie kilkadziesiąt godzin temu, ale cała piątka dawno straciła poczucie czasu. Równie dobrze mogło mieć to miejsce wczoraj, jak i trzy dni temu. W piwnicy nie ma świateł – ich cykl dobowy runął w gruzach.
    Żarówka pod sufitem migała i rzucała nie równą poświatę na korytarz. Momenty przerw stawały się coraz dłuższe, aż w końcu stało się zupełnie ciemno.
    - Super. – mruknęła Abby. – Pewnie korki wysiadły.
    - Przecież znam drogę na pamięć. – szepnął Martin. – To tylko drobna trudność, którą pokonamy, tak jak radzimy sobie z innymi.
    - Byłeś w gabinecie dyrektora tyle razy i nie wiesz, że nie dostaniemy się tam bez prądu?
    Martin wytrzeszczył oczy, ale Abby i tak nie mogła go zobaczyć, mrok był zbyt gęsty.
    - Drzwi do gabinetu są automatyczne i działają na prąd. – odpowiedziała dziewczyna, jakby to była zupełnie naturalna rzecz i każdy musiał to zauważyć. – Nie wejdziemy tam, gdy wywaliło korki.
    - Jesteś stanie coś z tym zrobić? – spytał chłopak, rozważając wszystkie możliwości.
    - Wiesz gdzie jest najbliższy kantorek? – odpowiedziała mu pytaniem na pytanie Abby.
    - Jasne, będziemy musieli trochę zboczyć z drogi, ale to niedaleko.
    - W takim razie idziemy pobawić się prądem.
    Martin szukał czegoś w ciemnościach i kiedy natknął się na drobną dłoń, złapał ją i splótł palce dziewczyny ze swoimi. Abby uśmiechnęła się i była wdzięczna wszystkim siłom, że Martin nie widzi teraz jej twarzy, która oblała się purpurą.
    - Pozwolisz, że cię złapię za rękę? – spytał - Wiesz, jest tak ciemno, a ty nie wiesz gdzie iść… nie chcę, żeby mój mały geniusz się gdzieś zgubił.
    - Kto tu jest mały? – powiedziała Abby, tłumiąc śmiech. Wiedziała, że mimo różniących ich niemal dwudziestu pięciu centymetrów, Martin nigdy nie uważał się za lepszego. Była to jedna z wielu cech, które w nim ceniła.

               Martin zatrzymał się gwałtownie i pociągnął Abby za sobą, nie pozwalając jej iść dalej. Przyłożył jej palec do ust, dając wyraźny sygnał, aby się nie odzywała. Dziewczyna kiwnęła głową na znak, że zrozumiała.
    Po chwili Abby usłyszała to, co sprawiło, że Martin wcisnął się z nią w kąt między szafkami a drzwiami do jakieś klasy.
    Miarowe szuranie wypełniło korytarz, a im bliżej tajemnicza postać była, tym głośniej dało się słyszeć świszczący oddech. Abby nie widziała co się przed nią znajduje, ale doskonale zdawała sobie sprawę do tam jest. Truposz był gotowy zabić ich, gdy tylko zorientuje się gdzie się ukrywają. Najmniejszy wydany odgłos mógł zdradzić ich położenie.
    Abby ścisnęła mocnej dłoń Martina. Ten odwzajemnił jej uścisk. Te kilka sekund, gdy truposz był najbliżej ich, był najdłuższą chwilą w życiu Abby i Martina.
    Zombie zaczął się oddalać, a kiedy już nie mogli go usłyszeć, dziewczyna popatrzyła tam, gdzie sądziła, że znajdują się oczy chłopaka.
    - Martin, my wysłaliśmy Louisa, Dustina i Julie na pewną śmierć, jeśli oni ich to dopadną to, to…
    - Spokojnie, poradzą sobie. Nawet nie zdajemy sobie sprawy z ich możliwości.

______________________
Nowy rozdział! Nareszcie xd
Jak sądzicie, jak się dalej potoczą losy bohaterów? I czy zastosuje się do Waszej prośby i oszczędzę Abby? Cóż, cierpliwości... ;)
Zapraszam do komentowania i wyczekiwania następnych rozdziałów, mam nadzieję, że jesteście ciekawi co się dalej stanie :)

wtorek, 8 kwietnia 2014

Rozdział IX

- To było takie banalne, jak mogliśmy wcześniej na to nie wpaść!
    Martin krążył po piwnicy, mocno gestykulując. Był zdenerwowany swoją głupotą i tym niedopatrzeniem, którego dokonał.
    - Rany, chłopie, usiądź, bo zaraz wybuchniesz – westchnął Dustin – To całe twoje chodzenie w kółko doprowadza nas wszystkich do szału. Może wreszcie zechcesz nam powiedzieć, co takiego genialnego przeoczyliśmy, chcąc przeżyć? – zaproponował.
    Martin ciężko opadł na krzesło i popatrzył na swoich towarzyszy.
    - Cały czas kręciliśmy się wokół tego. Żadne z nas nie myślało, że wyjście z naszej beznadziejnej sytuacji może być takie proste.
    - Martin – rzekła zniecierpliwiona Julie – Przejdź już do rzeczy.
    - Telefon komórkowy -  odpowiedział chłopak.
    - Słucham? – odparła zdziwiona Abby – Co masz na myśli? Przecież nasze komórki są w… - dziewczyna umilkła, pojmując plan Martina.
    - Właśnie o to mi chodzi. Siedzieliśmy tu, bo myśleliśmy, że nie możemy się jak skontaktować ze światem zewnętrznym. Jednak możemy. Wystarczy tylko dostać się do gabinetu dyrektora i wykonać stamtąd parę telefonów. Gabinet jest od środka zamykany, więc będziemy tam bezpieczni.
    - Twój plan jest w istocie genialny – powiedział Louis. – Jednak widzę w nim jedną lukę, która uniemożliwia nam jego wykonanie. Jeśli się stąd ruszymy to pożrą nas zombiaki. Albo co gorsze – ugryzą nas i sami się nimi staniemy.
    - Jest tylko jedno wyjście z tej sytuacji. Musimy się rozdzielić.
    - To jest zły pomysł – odparł Dustin.
    - Nie damy rady – zgodziła się z nim Abby.
    - Przecież nie jest pewnie ich tak dużo. Potrzeba tylko odciągnąć ich od gabinetu dyrektora.
    Martin był przekonany o słuszności swoich słów. Wiedział, że to jest jedyna możliwość, aby mogli się stąd wydostać. Każda sekunda, minuta, godzina spędzona w tej ciasnej piwnicy nie działała nikomu na zdrowie. Poza tym zaczynało im się kończyć jedzenie, a Martin wolał nie myśleć co się stanie, kiedy zabraknie pożywienia. Wiedział, jak na filmach kończyły się takie sytuacje. Czysty kanibalizm.
    Martin wskazał na stos porozrzucanych pudeł, które leżało pod ścianą. Nikt nie pałał entuzjazmem, aby je posprzątać. Spójrzmy prawdzie w oczy – dbanie o porządek nie jest najmocniejszą cechą nastolatków.
    - Czy ktoś z was widział może w tych pudłach jakąś grę planszową? – spytał.

∞

- Podzielimy się na dwa zespoły: Dustin, Louis i Julie idą razem, a ja pójdę z Abby. – powiedział Martin, a następnie, widząc protestującą minę Julie, szybko dodał: - Bez narzekania. Nie będzie żadnej zmiany składów. To jest najlepsze rozwiązanie logistyczne. W takim układzie nasze siły są najbardziej równomiernie rozłożone.
     Julie się jednak nie poddawała.
    - Ale dlaczego muszę iść razem z panem Ponurym i Wiecznie Obrażonym? – upierała się, wskazując głową na Louisa. – Nie mogę iść z tobą i Dustinem, a Louis pójdzie sobie z Abby?
    Martin zarumienił się lekko, ale Louis natychmiast wybawił go z kłopotliwej sytuacji.
    - Słuchaj paniusiu – zaczął – mi też nie podoba się perspektywa wybawiania cię z łap krwiożerczych trupów, ale sądzę, że powinniśmy posłuchać się Martina. On ma przeważnie dobre pomysły.
    - Przeważnie? – zdumiał się Martin – Jak to prze…
    - Zdaje mi się, że coś mówiłeś o zespołach. – przerwała mi Abby, zauważając widmo nadchodzącej kłótni.
    - No tak. – odparł Martin, nadal łypiąc spode łba na swojego kumpla z dzieciństwa – Mówiłem, że w tych dwóch zespołach, których składów nie zmienimy, będziemy się poruszać w dwóch przeciwnych kierunkach.
    Martin rozłożył na stole mapy szkoły i wysypał na nie figurki z zdekompletowanego zestawu Monopoly. Mniej więcej na środku mapy postawił pięć pionków.
    - Louis, Julie i Dustin będą się kierować w stronę auli i budynku nauk ścisłych. Ja i Abby pójdziemy w przeciwnym kierunku, do gabinetu dyrektora i sekretariatu. – mówiąc to, Martin skierował metalowego psa, statek i auto w lewą stroną, a kapelusz i taczka powędrowały w prawym kierunku. -Waszym zadaniem będzie zapędzenie wszystkich zombie do auli, już znacie sposób w jaki macie to zrobić. My natomiast dostaniemy się do gabinetu, porwiemy nasze telefony i wrócimy do was. Potem pozostaje nam czekać na pomoc. Miejmy nadzieję, że zombie pójdą za wami, a my będziemy mogli przemknąć niespostrzeżenie.
    - Skoro wszystko jest umówione, pozostaje nam się tylko przygotować – podsumowała Abby.


- Możemy już iść? – powiedział Louis, poprawiając szelki na swoim plecaku – Bardziej gotowi już nie będziemy.
    Dustin mruknął coś niezrozumiałego, patrząc tępo w podłogę.
    - Louisie, zapomniałeś o czymś ważnym – odparła Abby, podając mu czarne zawiniątko.
    Louis szybko rozwinął pakunek, a z jego opuszka zaczęła się sączyć szkarłatna strużka krwi. Jęknął cicho, bardziej ze wściekłości niż z bólu.
    - Ostrożnie – upomniała go Abby – To nie zabawki.
    - Jasne – potwierdził Louis – przecież wiem. Nie mam siedmiu lat. Mamusia mnie nauczyła, żeby nie bawić się nożami.
    Abby, mimo jego zapewnień, wzięła od niego z powrotem czarne zawiniątko i podeszła do kawałku materiału, wystającego z pudła leżącego na biurku. Rozłożyła starą firanę na stole i pocięła ją nożem na pięć równych części.
    Owinęła każdy z tytanowych noży w szmatkę i podała innym. Największy z noży – tasak – zostawiła w oryginalnym, czarnym opakowaniu.
    - Wam on bardziej się przyda – powiedziała Abby, podając tasak Dustinowi.
    Mały kawałek materiału, który pozostał po wycinaniu prowizorycznych opakowań na noże, Abby wzięła i podeszła do Louisa.
    - Co chcesz z tym zrobić? Zakneblować mnie? – spytał chłopak.
    - Nie bądź idiotą. Daj rękę, chcę ją zabandażować. Nie wiadomo jak zombie zareagują na świeżą krew.
    Teraz Louis bez słowa podał dłoń Abby, a dziewczyna zacisnęła opatrunek nieco mocniej niż było to potrzebne.
    - Gotowi? – zapytał Martin.
    - Tak. – odparła Abby – Teraz możemy już iść. Proszę was, obiecajcie mi coś.
    - O co chodzi? – spytała Julie.
    - Wszyscy widzieliście co się stało z panią Wisconsin. Została ugryziona, a potem stała się tym czymś. Ja, ja… - Abby zawahała się na moment, chcąc dobrać odpowiednie słowa. Wydawało się, że na to co chce powiedzieć, nie ma odpowiednich wyrazów. – Chcę, żebyście skrócili moje cierpienia, kiedy to coś mnie ugryzie. Jedno ukąszenie to wyrok, wszyscy o tym wiemy. Jeśli to mnie spotka, wbijcie mi nóż w serce. Nie wyjdę stąd jeśli mi tego nie obiecacie.
    Dobra, to było wbrew wszystkim zasadom moralności, ale Abby musiała wymóc to na swoich towarzyszach. Wiedziała co ją czeka, jeśli zostanie ugryziona. Marna egzystencja była gorsza od śmierci.
    - Obiecajcie mi to - rzekła stanowczo.
    - Abby, ty prosisz o coś, co jest niemożliwe. W życiu nie wbiję ci noża w serce. Po moim trupie. – odparł Martin.
    Dziewczyna uśmiechnęła się krzywo.
    - W naszej sytuacji, to określenie nabiera zupełnie innego znaczenia. – Abby podeszła do Martina i popatrzyła mu głęboko w oczy, pełne strachu, rozpaczy i troski. – Proszę cię, zrób to dla mnie.
    Martin zamknął oczy i wycedził przez zęby:
    - Tylko w ostateczności.
    Dustin popchnął drzwi i tym samym otworzył je na oścież.
    - Zapraszam państwa na wycieczkę życia. – powiedział.

________________
Krótko, ale ten rozdział miał być w zamierzeniu taki, bowiem nie chciałam zdradzić decydujących szczegółów już tutaj :)
Przepraszam, że musieliście tyle czekać, ale miałam mały problem z pisaniem (spokojnie, nie zawieszam bloga, dociągnę tą historię do końca).
Pozostaje mi tradycyjnie zaprosić do komentowania i stałego śledzenia nowych rozdziałów :)

sobota, 29 marca 2014

Rozdział VIII

Louis otworzył paczkę krakersów, a następnie położył ją na stole.
    - Może ktoś się poczęstuje? – spytał, patrząc na swoich towarzyszy.
    Cała piątka nastolatków siedziała dookoła czterech, połączonych ze sobą ławek. Pośrodku ich prowizorycznego „stołu konferencyjnego” leżała mapa szkoły. Fakt, plan przedstawiał budynek przed latami, ale niczym lepszym na razie nie dysponowali. Swoją drogą, pośród przedmiotów, które pozornie wydawały się bezużyteczne i zostały wrzucone w otchłań zapomnienia poprzez pozostawienie w piwnicy. Wszystko co komuś się nie przydało, lądowało właśnie tutaj, jednak to znacząco pomogło nastolatkom w przeżyciu.
    Oprócz starego radia i mnóstwa zeszytów i kartkówek znaleźli jeszcze kubki, które nie miały uszy, poplamione i śmierdzące naftaliną koce, które czekały na lepsze czasy, wiele starych prac plastycznych, wśród których były również nieaktualne plany szkoły. Nad jedną z takich map siedzieli teraz Martin, Louis, Abby, Julie i Dustin i rozmyślali nad najlepszym wyjściem z ich beznadziejnej sytuacji.
    - Błagam was – zaczęła Julie – myślimy nad tym już kilka godzin, a nadal nie doszliśmy do żadnego konkretnego wniosku. Zróbmy sobie małą przerwę.
    - Julie ma rację – zgodziła się z nią Abby – Jesteśmy bezsilni, frustrujemy się, a potem wyżywamy się na sobie nawzajem. Pamiętajcie, że teraz…
    - Jesteśmy drużyną. – dokończyli za nią wszyscy.
    Abby uśmiechnęła się szeroko, widząc, że mantra, tak często powtarzana w ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin przez nią i Martina, wbiła się do głowy pozostałym.
    - To co innego proponujecie na zabicie czasu? – spytał Dustin – Co robicie w wolnych chwilach? Ja na przykład gram w futbol, ale tego raczej nie porobimy tutaj.
    - Pograłbym na mojej gitarze, ale jej dźwięki od razu przywołają tutaj zombiaków. – powiedział Louis. Nagle jego twarz się rozpromieniła, jakby doznał olśnienia. – Dustin właśnie podał nam wspaniały sposób na nudę.
    - Serio? – Dustin zaczął się śmiać, wyraźnie rozbawiony nagłą zmianą nastoju Louisa i jego przyczyną. – Chcesz tutaj grać w futbol amerykański? Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę z tego, że do tego potrzebujemy…
    Louis pokiwał energicznie głową, przerywając Dustinowi.
    - Nie to miałem na myśli. Chodzi mi o to co powiedziałeś wcześniej.
    Dustin zamrugał oczami, wyraźnie zbity z tropu.
    - Wcześniej spytałem co robicie w wolnym czasie, ale nie widzę, żeby to miało jakiś związek z wspaniałym sposobem na nudę.
    - Po prostu lepiej się poznajmy. I tak jesteśmy skazani na siebie, więc lepiej jakoś dobrze spożytkować ten czas, szczególnie, że w normalnych warunkach nigdy byśmy ze sobą nie porozmawiali. Należymy do innych grup społecznych.
    Abby wzdrygnęła się na wzmiankę o grupach społecznych. Nie lubiła szufladkowania ludzi, twierdziła, że każdy jest niepowtarzalną indywidualnością.
    Mimo wszystko, ich dotychczasowa relacja z Julie nie układała się najlepiej. Dziewczyna sprawiała wrażenie, że jest typową rozpieszczoną panienką, dla której ważna jest tylko popularność w szkole. Abby natomiast ceniła zupełnie inne wartości. Pozostawało mieć nadzieję, że będzie lepiej. Na razie jednak Julie udowodniła swoje nastawienie, nie informując nikogo o telefonie.
    Każdy, bez wyjątku, miał do Julie pretensje o zatajenie sytuacji z komórką. Stanowisko Louisa było znane wszystkim od początku. Po dosyć niemiłej wymianie zdań, Louis był obrażony na dziewczynę przez kilka następnych godzin. Myślał, że są drużyną i mówią sobie o wszystkim, co może pomóc w przetrwaniu. Wydawało się naturalne, że o czymś takim jak telefon, przez który mogą się skomunikować ze światem zewnętrznym , powinni poinformować swoich towarzyszy w trybie natychmiastowym.
    Julie sądziła jednak inaczej. Na pytania, o to dlaczego uczyniła, odpowiadała milczeniem. Martin, z drobną pomocą Abby, zdołał namówić Louisa i Dustina, żeby przestali je zadawać. Pozostawało, mimo wszystko wiele pytań, na które nie potrafili odpowiedzieć.
    - To jak? – Louis wyraźnie drążył temat i nie chciał odpuścić. – Poznajemy się lepiej?
    I tak już poznali się lepiej. Wzajemna zależność spowodowała, że zaczęli doceniać swoje dobre strony i nauczyli się je lepiej wykorzystywać. O złych woleli nie myśleć i starać się unikać sytuacji, które by je uwydatniały.
    - To nie jest zły pomysł. – powiedziała Abby. Przemilczała zdanie, które krążyło gdzieś na końcu jej języka. „To nasz jedyny pomysł”.
    - Świetnie! – rzekł rozradowany swoim sukcesem Louis. – Zadajemy sobie proste pytania dotyczące nas samych, ponieważ siedzimy w kole… - Chłopak zamilknął na chwilę, myśląc nad tym co właśnie powiedział. – Dobra, w kwadracie, zresztą to i tak nie robi nam wielkiej różnicy. Tak czy siak, każdy zadaje pytanie osobie, która siedzi po jego prawej stronie. Ja zadaje pytanie Dustinowi, Dustin Julie, Julie Abby, Abby Martinowi, a Martin mnie. Przemyślcie dobrze swoje pytania, bo osoba, której je zadacie będzie musiała na nie odpowiedzieć, nie ważne co będzie się działo. Rozumiecie o co mi chodzi?
    Czwórka nastolatków kiwnęła swoimi głowami na znak zgody.
    - To kto chce zacząć? – spytał Louis.
    Odpowiedziało mu milczenie.
    - Ludzie, więcej ikry! Nie możemy tutaj siedzieć i tylko użalać się nad sobą. – powiedział Martin. – Myślcie pozytywnie, pomyślcie, że po prostu jesteście w gronie dobrych znajomych i spędzacie miło czas.
    Piękną twarzyczkę Julie wykrzywił grymas, jednak, gdy tylko dziewczyna spostrzegła, że Dustin się jej przygląda, uśmiechnęła się przymilnie.  
    - W takim razie, ja zacznę. – rzekł przeciągle Martin. – Może nie wszyscy o tym wiecie, ale Louis był kiedyś moim sąsiadem. Potem nagle, on i jego rodzina się przeprowadziła. Teraz wróciłeś, nie poinformowawszy o tym starego kumpla. Nie chowam urazy, ale dlaczego nie powiedziałeś mi, że wracasz?
    - Stary, ja.. ja przepraszam. – wyjąkał Louis - To wszystko stało się tak szybko. Miałem się odezwać, ale miałem za dużo spraw na głowie. Do szkoły chodzę dopiero od kilku dni. Poza tym Shelly, nowa dziewczyna ojca…
    - Czekaj, a co z twoją mamą? – spytał Martin.
    - To już drugie pytanie. – odparł radośnie Louis, widocznie zadowolony zmianą tematu. – Teraz czas na mnie. Dustin, jakieś proste. Powiedz mi, dlaczego pobiłeś się z tym gościem na korytarzu. Tym, przez którego oboju tutaj trafiliśmy.
    - O co chodzi? – spytała Abby. – Jaki gość?
    - Ja go tam nie znam. – powiedział Louis. – Ale to bardzo dobry kolega Dustina. Może opowiesz nam całą historię?
    - Jemu chodzi o Johnny’ego Cartera. – Dustin widząc zdziwione miny Martina i Abby szybko dodał. – Tak, t e n  Johnny Carter, kapitan szkolnej drużyny futbolowej. Posprzeczaliśmy się trochę, bo on znowu chciał upokarzać pierwszoroczniaków. Tym razem mu się postawiłem. Louis jest świadkiem, że nie skończyło się to dobrze. Pobiliśmy się, trafiłem do kozy i wywalił mnie z drużyny. Ot, cała historia. Chociaż jak teraz o tym myślę, to w sumie dobrze, że tu trafiłem. Mogłem skończyć jak tamci na górze.
    Jakby na potwierdzenie jego słów, rozległ się przeciągły jęk.
    - Sądzę, że Julie ma dużo do powiedzenia na temat Johnny’ego. – kontynuował Dustin. – Zechcesz się podzielić z nami tą historią? To jest moje pytanie – co zaszło między tobą Johnnym?
    - To nie jest tajemnica. Byliśmy z Johnnym parą, potem się rozstaliśmy, to wszystko.
    - Julie, przecież wiesz, że nie o to pytałem. Co naprawdę zaszło między tobą a Johnnym?
    Dziewczyna zacisnęła palce mocniej na swoim kubku.
    - Johnny mnie oszukał. – odparła łamiącym się głosem. Martwo wpatrywała się w swój napój. – Karmił mnie kłamstwami, a potem zdarzył się ten straszny wypadek. On prowadził auto, a na tylnym siedzeniu była Molly, moja siostra. My się pokłóciliśmy i… - Julie już nie kryła łez, które strumieniem spływały na jej policzki.
    - Och Julie.. – Abby po raz pierwszy w życiu odebrało mowę. Bez zastanowienia przytuliła szlochającą dziewczynę.
    - Ale chodzi o, że nic się nie stało. Tylko ona leży w szpitalu, a rodzice twierdzą, że to moja wina i nie pozwalają mi się z nią zobaczyć. Ja chciałam się do niej wymknąć w czasie lekcji, ale przyłapali mnie. W ten sposób trafiłam tutaj.
    - Julie, ja przepraszam. – powiedział Dustin. – Sądziłem, że jest inaczej.
    - Przecież wiesz jak było naprawdę. – odparła dziewczyna.
    - Dobra, koniec smutków, Julie teraz czas na twoje pytanie. – Martin zmienił temat.
    - Abby, chcę cię spytać o coś co mnie intryguje od samego początku. Po co ci torba sportowa? – Julie wskazała tą torbę, do której zostały zapakowane żaby, podczas szalonej akcji ratunkowej.
    Abby popatrzyła na Martina, a następnie oboje wybuchnęli śmiechem. Szczerym, wesołym śmiechem.
    - To? Ona nie jest moja. – odparła Abby, kiedy ona i Martin trochę się uspokoili. – Leżała przed męską szatnią, a ja potrzebowałam czegoś dużego. Miałam zamiar ją później oddać, ale nie zdążyłam.
    Dustin dostał nagłego olśnienia. Podszedł do sportowej torby, która leżała w kącie i dokładnie ją obejrzał.
    - Jak mogłem wcześniej na to nie wpaść? Myślałem, że to po prostu jakaś zwyczajna torba z emblematem naszej drużyny, ale teraz już wiem. To jest moja torba, to właśnie dlatego nie mogłem jej wcześniej znaleźć. Przynajmniej ją w końcu oddałaś, Abby.
    - Dustin, wybacz… - Abby zaczęła już swoją mowę, która miała sprawić, że udobrucha Dustina, jednak chłopak przerwał jej – zaczął się śmiać.
    - Nie gniewam się, jesteśmy drużyną i musimy sobie pożyczać rzeczy.
    - Wiecie co? – powiedział nagle Martin. – Chyba wiem, co już powinniśmy zrobić, żeby się stąd wydostać.

_____________________
Okej, trochę przesadziłam.
   Okej, bardzo przesadziłam.
Mam nadzieję, że wybaczycie mi ten rozdział. Tydzień leżenia w łóżku, okropny katar i kaszel, dzięki któremu zdarłam sobie gardło zrobił swoje. Rozdział jest tragiczny, w każdym znaczeniu tego słowa.
Czekam na Wasze spekulacje dotyczące planu Martina :)
Tradycyjnie zapraszam do komentowania i zostawiajcie swoje blogi w komentarzach, postaram się wpaść i skomentować przy chwili wolnego czasu. 

niedziela, 23 marca 2014

Rozdział VII

Droga powrotna do piwnicy obyła się bez kolizji z żadnym truposzem. Skradając się cicho, starali się, aby zapasy żywieniowe w ich plecakach nie wydawały żadnego dźwięku. Jedynym zakłóceniem tego, wręcz spokojnego marszu była Julie. Dziewczyna wywróciła się i upadła na kolana, potykając się na jakieś śliskiej mazi. Chyba nikt z ich grupy, nie chciał dociekać, co to właściwie było. Julie, niezmordowana, ruszyła dalej, nie zwracając uwagi na papkę, która ubrudziła jej drogie spodnie.
    Wrócili do piwnicy i z ulgą odetchnęli, że zombie tu nie weszły, bowiem wszystko było tak, jak oni to zostawili. Martin i Dustin zamknęli ciężkie drzwi, ale dla pewności, zastawili je biurkiem. Jedyna droga wyjścia została odcięta.
    Abby opadła ciężko na krzesło i zaczęła przeglądać zapasy, które zdążyli zabrać. Ich jedyna broń, komplet tytanowych noży, leżała teraz na stoliku. Abby zaczęła im się dokładnie przeglądać i stwierdziła, że takich cudeniek, kucharki nie powinny zostawiać w tak dostępnym miejscu. Gdyby natknęły się na to któreś dzieciaki… Abby wolała tego sobie nie wyobrażać. Chociaż pewnie byłoby znacznie gorzej, gdyby zombie nauczyły się nimi posługiwać.
    Dziewczyna skarciła siebie w myślach, nie ma co tworzyć scenariuszy zdarzeń, które nigdy nie nastąpią. Jest tu i teraz, i na tym trzeba się skupić. Mają noże, więc mogą pozbyć się zombie raz na zawsze. Mają przewagę. Abby nie wiedziała czy to prawda, jednak bardzo chciała w to wierzyć.
    - Abby, co masz w swojej torbie?
    Dziewczyna podniosła głowę i spostrzegła, że wszyscy już zdążyli opróżnić swoje plecaki. Abby wpatrywała się w to co zdążyli przynieść. Były to głównie różnego rodzaju zupki chińskie i dania w proszku. Jednak wcześniej, podczas szukania radia, Louis znalazł stary czajnik elektryczny, a w ich szkole w każdym pomieszczeniu był kran. Czasem się zastanawiała, po co w pracowni językowej kran, jednak teraz dziękowała za taki wymysł dyrektora.
    Oprócz dań w proszku, zdążyli zabrać jeszcze kilka jabłek, które jako żywność modyfikowana genetycznie mogły być przechowywane poza lodówką przez kilka dni. Martin uparł się jeszcze, żeby wziąć kilka paczek krakersów. Jednak teraz, kiedy wypakowywał swój plecak, okazało się, że są tam głownie krakersy, a z kilku opakowań magicznie zrobiło się kilkanaście.
    - Jak myślicie, ile będziemy tu siedzieć? – powiedział Dustin.
    - Zapasów mamy na kilka dni. – odparł Martin. – Później będziemy się martwić, co dalej.
    Julie spojrzała na ścianę i się wzdrygnęła.
    - Czy ten zegar dobrze chodzi? – spytała.
    Wskazówki zegara pokazywały, że jest już dawno po północy. Czy było możliwe, że już minęło tak dużo czasu?
     Julie wyjęła swoją komórkę. Wyświetlacz drogiego modelu telefonu pokazywał tą samą godzinę. Nastolatka schowała z powrotem telefon do bocznej kieszeni swojej torby, jak gdyby nic się nie stało.
    Louis popatrzył na nią zdziwionym wzrokiem, ale natychmiast jego szok minął i ustąpił miejsca zdenerwowaniu.
    - Cały czas miałaś przy sobie telefon i nam o tym nie powiedziałaś? – syknął wściekle.
    - A wy swoich nie macie? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.
    - Przecież nasze telefony są w sekretariacie! Zawsze, gdy odsiaduje się po lekcjach za karę, zostawia się komórki u dyrektora!
    - Przecież pierwszy raz tu siedzę, skąd miałam wiedzieć! – w oczach Julie wezbrały się łzy.
    - Hej, ludzie, kłótnie nic nie zdziałają. – powiedział ugodowo Martin.
    - Martin ma rację. – zgodziła się z nim Abby. – Wszyscy jesteśmy zmęczeni. Proponuję żebyśmy się przespali i pomyśleli nad tym jutro. Kto bierze pierwszą wartę?
    - Ja wezmę. – Dustin przesunął krzesełko, na którym siedział, tak aby mieć lepszy widok na drzwi. – Idźcie spać.
    Abby i Martin wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia i zaczęli układać swoje rzeczy na podłodze tak, żeby stworzyć prowizoryczne posłania. Wściekły Louis ułożył się w sposób, dzięki któremu nie musiał patrzeć na Julie. Dziewczyna z przytłaczającym poczuciem winy, chciała jak najbardziej wcisnąć się w kąt. Odwróciła głowę, chcąc otrzeć rękawem swetra łzy. Ten szybki gest zauważył Dustin, któremu zrobiło się bardzo szkoda dziewczyny.
    - Dustin, obudź mnie za dwie godziny. – powiedział Martin. – Zmienię cię wtedy na warcie. Po mnie będzie Louis, potem Abby, a na końcu Julie. Pasuje wam taki układ?
    Wszyscy kiwnęli głowami. Nadeszła chwila spokoju, w której mogli zapomnieć o tym okropnym dniu.
    Gdy już wszyscy zasnęli, Dustin zadał na głos pytanie. Nie oczekiwał odpowiedzi, po prostu od kiedy ją dzisiaj zobaczył, chciał zadać to pytanie. Dręczyło go to niemiłosiernie.
    - Och Jules, czemu to zrobiłaś?
    Kiedy wreszcie wydusił z siebie to pytanie, poczuł się o niebo lepiej. Nareszcie mógł spokojnie uspokoić oddech, patrząc na śpiącą Julie.
    Nie mógł wiedzieć, że oprócz niego, dwie osoby w tym pokoju nie spały i doskonale słyszały każde jego słowo.

∞


Martin najpierw poczuł lekkie potrząsanie jego ramieniem, dopiero później dotarły do niego słowa, wymówione zduszonym szeptem.
    - Martin, wstawaj. Twoja kolej.
    Chłopak podniósł się ze swojego posłania i stanął naprzeciwko wysokiego blondyna. Dustin zdał mu krótką relację z tego, co się działo na jego zmianie.
    - Bardzo spokojnie, było słychać jęki truposzy, jednak żaden z nich się nie zbliżył do nas. Właściwie jestem pewny, że nie wchodzi na to piętro. Chyba nie zdają sobie sprawy z tego, że my tu jesteśmy.
    - O to nam chodziło. Jeśli nie wiedzą, że tu jesteśmy, to możemy spokojnie tu siedzieć. Jak na razie. Bardzo dobrze się spisałeś, Dustin. Teraz połóż się, należy ci się.
    - Jasne, ale Martin pamiętaj – jesteśmy drużyną i potrzebujemy sobie nawzajem. Budź mnie, kiedy tylko będzie się coś działo.
    Martin odpowiedział mu najpromienniejszym uśmiechem, na jakiego było go stać o drugiej w nocy. Czasem miał wrażenie, że Dustin wie więcej niż się do tego przyznaje. W tym wypadku, intuicja Martina dobrze mu podpowiedziała.
    Chłopak ogarnął wzrokiem swoich współtowarzyszy niedoli. Dustin ułożył się wygodnie między Julie, a Louisem i natychmiast zasnął. Louisowi musiało się śnić coś miłego, ponieważ uśmiechał się przez sen. Martina zaintrygował ten fakt, jednak nie rozmyślał nad tym dłużej niż było to konieczne. Na twarzy Julie było widać ślady po łzach. Dziewczyna musiała chyba dużo płakać. Pewnie nie była przyzwyczajona do nowej sytuacji i to wszystko po prostu ją przerosło.
    Jednak to nie na niej wzrok Martina zatrzymał się na dłużej. Abby przyciągnęła całą jego uwagę. Ta dziewczyna niesamowicie go intrygowała. Była jedyna w swoim rodzaju, nigdy wcześniej nie spotkał takiej osoby. Ona potrafiła sobie sama doskonale poradzić, co już wiele razy udowodniła, jednak Martin miał ochotę objąć ją ramieniem i obronić przed całym złem tego świata. Nawiasem mówiąc, wiele tego zła doświadczyli ostatnio.
    Abby poruszyła się niespokojnie. Martin zauważył, że dziewczyna zwija się ciaśniej w kłębek. Jej było  z i m n o. W nastolatku obudził się instynkt opiekuńczy i bez wahania zdjął swoją bluzę i przykrył nią dziewczynę. Abby uśmiechnęła się, czując ciepło dobiegające z okrycia chłopaka.
    Martin także uśmiechnął się mimowolnie, widząc swój dobry uczynek. 

________________
Krótko, jednak mam nadzieję, że mi wybaczycie to zaniedbanie :C 
Teraz mam bardzo gorący okres i jak widać, nie mam czasu na pisanie.
Liczę gorąco na Wasze komentarze i obiecuję nadrobić wszystkie blogi, które zaniedbałam! 
Pytanie do Was: jak sądzicie, co miał na myśli Dustin, pytając się "Och Jules, czemu to zrobiłaś?" Czekam na propozycje ;)

środa, 12 marca 2014

Rozdział VI

      Abby odwróciła swoją torbę, tak, że wszystkie rzeczy, które były w środku wypadły na zewnątrz. Książki, zeszyty, długopisy i inne przybory potrzebne dziewczynie w szkole potoczyły się po ławce. Abby jeszcze raz sprawdziła czy torba, aby na pewno jest pusta i założyła ją na ramię. Podstawowym założeniem w ich wyprawie było, by brać ze sobą jak najmniej, a wrócić z dużą ilością jedzenia. Oczywiście najważniejsze było, by w ogóle wrócili cali i zdrowi.
    Dziewczyna stanęła obok Martina, który jest posłał słaby uśmiech.
    - Okej, powtórzmy jeszcze raz plan. – powiedział Martin.
    - Idziemy do stołówki, bierzemy żarcie i spadamy stamtąd. – zaczął Dustin, a po chwili dodał – I staramy nie dać się zabić.
    - Martinowi chodziło chyba o to, czym kto ma się zajmować. – powiedział Louis.
    - Kierujemy się w stronę stołówki, starając się unikać zombiaków. Trzymamy się razem, nie odłączamy się od grupy i usiłujemy chronić siebie nawzajem. Mamy wrócić tutaj wszyscy, w takim stanie, w jakim opuścimy naszą kryjówkę. Kiedy już dotrzemy na miejsce, Julie, Martin i ja staramy się wziąć jak najwięcej jedzenia, natomiast Louis i Dustin staną na straży. Wraz z zapasami wracamy tutaj, ponieważ jak uznaliśmy wspólnie, jest to najbezpieczniejsze miejsce, ponieważ nie kręci się tu dużo zombie, a drzwi się trudno otwierają, więc siła ich wiotkich mięśni nie zdoła ich otworzyć.
    Wszyscy wysłuchali w milczeniu ostatnich instrukcji.
    - Pamiętajcie jeszcze – dodał Martin – że musimy się liczyć z tym, że kiedy tylko wyjdziemy poza naszą bezpieczną kryjówkę, nasz zapach od razu zwabi nieproszonych gości. Macie jeszcze czas, żeby się wycofać.
    Wiedzieli doskonale o tym, że ta misja jest bardzo niebezpieczna. Kiedy wyjdą stąd, zombie będą miały ich na muszce. Jednak podjęli niemy pakt – ale idziemy wszyscy, albo nie idzie nikt. Mamy szansę na przetrwanie tylko w grupie.
       Dustin popchnął drzwi najciszej jak się dało i pierwszy skierował swoje kroki w stronę światła widocznego na końcu korytarza.
    Mijając czerwoną plamę krwi na podłodze, Julie zrobiło się niedobrze. Pomyślała o biednej pani Wisconsin i o tym, że ona za kilka minut również może skończyć tak jak ona. Odwróciła głowę i powstrzymała łzy napływające jej do oczu.
    Schody prowadzące w górę były ubrudzone jakąś mazią. Piątka nastolatków, kryjąc się w cieniu, stąpała po stopniach najciszej jak to było możliwe.
    Przejście przez dwa piętra przebiegło bez konfrontacji z zombie.

∞

    Stołówka znajdowała się na pierwszym piętrze, tuż nad audytorium. Było to duże, przestronne pomieszczenie, z jedną przeszkloną w całości ścianą. Duże okno wychodziło na boisko szkolne, po którego drugiej stronie stał budynek nauk ścisłych.
    Wzdłuż przeciwległej ściany ciągnął się długi blat, na którym w normalny dzień rozstawione były potrawy. Za blatem znajdowały się drzwi do kuchni.
    Louis i Dustin stanęli przy głównych drzwiach do stołówki i czujnie nasłuchiwali wszystkich dobiegających z zewnątrz dźwięków.
    Martin, Abby i Julie udali się w stronę kuchni. Chłopak sprawnie przeskoczył przez blat, a następnie pomógł dziewczynom, przedostać się na drugą stronę.
    Nastolatek gestem pokazał Julie i Abby, aby poczekały przez chwilę tam gdzie są, a on sprawdzi czy w kuchni jest bezpiecznie. Uchylił lekko drzwi.
    Kiedy okazało się, że pomieszczenie jest puste Martin dziarskim krokiem wszedł do kuchni. Zaczęli przeszukiwać szafki w poszukiwaniu czegoś nadającego się do jedzenia. Julie westchnęła głośno, patrząc na zawartość jednej z nich.
    - Wiedziałam, że oni nie dbają o nasze zdrowie, karmiąc nas tym czymś. – mruknęła dziewczyna, trzymając w rękach paczkę zupki chińskiej.
    Abby przewróciła oczyma i ruszyła w stronę chłodni. Drzwi otworzyły się z trudem, a nozdrza dziewczyny wypełnił okropny zapach.
    Zapach rozkładającego się ciała.
    Na podłodze chłodni leżały rozerwane części ludzkiego ciała. Tułów został oderwany od nóg, które znajdowały się w dalszym kącie pomieszczenia. Roztrzaskana czaszka była tam, gdzie u normalnego człowieka powinny być kolana. Abby patrzyła w puste oczodoły szkolnej kucharki.
    Dziewczyna wydała z siebie gardłowy krzyk, szybko jednak zasłoniła usta rękami i zamknęła odrobinę za mocno drzwi, które huknęły dosyć głośno.
    Martin popatrzył na Abby pytającym wzrokiem, ale kiedy zobaczył bladą cerę dziewczyny, zrozumiał, że to co zobaczyła mocno musiało ją wstrząsnąć. W ułamku sekundy rozważył wszystkie możliwości i podjął decyzję.
     - Wiejemy stąd. – rozkazał,  a dziewczyny bez słowa sprzeciwu go posłuchały.
    Gdy tylko weszli do stołówki, wyczuli, że coś jest nie tak. Dustin stał naprzeciwko drzwi wejściowych z plastikowym krzesełkiem w rękach. Louis tymczasem szukał czegoś w szufladzie z sztućcami.
    - Co się dzieje? – spytał skonfundowany Martin.
    - Mamy nieproszonych gości pod drzwiami. – odparł Dustin. – Chyba narobiliście za dużo hałasu.
    Julie spojrzała z wyrzutem na Abby.
    - Na szczęście, mamy się czym bronić. – dodał Louis i wyszczerzył się w uśmiechu, pokazując czarne zawiniątko, które trzymał. Rozwinął je, a wszystkim ukazał się komplet nowych, tytanowych noży.
    - Jak mamy się tym bronić? – zapytała Julie.
    - Myślisz, że my w wolnym czasie bawimy się nożami? – odpowiedział pytaniem na pytanie Louis.
    Reszta postanowiła nie komentować tej wymiany zdań.
    - Panie mają pierwszeństwo. – powiedział Martin, pokazując palcem na zestaw śmiertelnych broni.
       Piątka nastolatków stała naprzeciwko jedynego miejsca ucieczki – drzwi wejściowych. Naprężyli mięśnie, gotowi do ataku, a Martin powiedział:
    - Myślę, że możemy zaprosić naszych gości na audiencję.
∞
       Oczom wystraszonych, ale zdeterminowanych i łaknących przeżycia nastolatków ukazała się horda zombie. Rozpoznali w nich kilku swoich szkolnych kolegów, których znali z widzenia.
    Chcąc, nie chcąc rozpoczęła się krwawa jatka. Pierwszego zombie, który wszedł do stołówki Dustin zdzielił po głowie plastikowym krzesełkiem. Na kolejną dwójkę przeciwników, Martin i Louis, wspólnymi siłami, przewrócili jeden ze szkolnych stolików.
    Mimo zapewnienia, że Julie nie wie co robić, radziła sobie całkiem nieźle, jak na kompletnego laika. Powiedziała, że nie wie co robić z nożami jednak nie wspomniała, że jest całkiem utalentowaną gimnastyczką. Zwinnie unikała ciosów żywych trupów, wykonując czasem bardzo skomplikowane figury. Doprowadziła do wzajemnego znokautowania się dwóch truposzy.
    Kiedy wszyscy myśleli, że to już koniec walki, Martin uśmiechnął się do Abby i niefortunnie stanął tyłem do drzwi wejściowych. Nikt nie widział zombiaka, który stał za nim. Nikt oprócz Abby. Martin poczuł zaskakująco dużą siłę, która powaliła go na ziemię. Wyczuł niesamowity odór, wydzielający się z paszczy truposza.
    Gdy myślał, że już po nim, poczuł na twarzy świst przecinanego powietrza. Zombie runął całym swym ciężarem na niego, a Martin zobaczył nóż kuchenny, którego trzonek tkwił w czaszce truposza. Zrzucił martwe ciało z siebie i popatrzył na swych towarzyszy.
    Abby trzymała w dłoni nóż kuchenny, gotowy do rzutu. Zaskoczeni nastolatkowie, patrzyli na dziewczynę.
    - Ja po prostu często gram w rzutki. – powiedziała cicho dziewczyna.
    Martin bez słowa podszedł do niej i ją przytulił, szepcząc jej do ucha ciche „dziękuję”.
______________

Przepraszam, że tak późno, ale Wy chyba też macie takie tygodnie, w których nie wiecie jak się nazywacie? Ja właśnie teraz tak się czuję.
Zapraszam was serdecznie do komentowania mojej pisaniny i wytykania mi wszelkich uwag, które znajdziecie w tekście.
(Wyczuwam jakiś romansik między Martinem a Abby ^^)